Sołtysem p. Antoni Sitarz - pochodził z Żurawna b. województwa lwowskiego. Na fotografii w środku z żoną, między nimi syn Mieczysław, za nim p. Czechowski z G.W., a w drzwiach w czapce uszance drugi syn Kazimierz. W kapeluszu Józef Sobieraj ze stojącą z lewej strony żoną Aldoną - oboje pochodzili z Żurawna. Fot. ze zbiorów rodzinnych Elżbiety Stefanowicz, córki Edwarda Sitarza. Udostępniona przez Jana Karlika.
Kierownikiem Szkoły Podstawowej p. Roman Strasz. Na fotografii stoi ze swoimi uczniami, na wycieczce do Zakopanego - ok. 1960/61 roku. Patrząc na wprost, z prawej strony p. Kierownika stoi Antoni Aleksandrowicz, a z lewej Glinka. W dolnym prawym rogu z lekko odwróconą głową Waldek Umiński, za nim "zabawowo" trzyma w zębach okulary Wojtek Idaszewski. Stoi przed A. Aleksandrowiczem Dynek, lekko w prawo od p. Kierownika siedzi Janek Gębala, a ja przed nim z laską w "ząbek czesany", przede mną Kliszewski. Przed nim drugi Glinka, za nim z ciemnymi włosami Poldek Romański, i z blond włosami Mietek Pląder. Za Mietkiem i Poldkiem stoi Sławek Żylewicz, a z lewej od Poldka z laskami kucają Józiu Bieć i Tadziu Gira. Fot. ze zbiorów własnych.
Kierowniczką Przedszkola Maria Stolarz ( po zamążpójściu Suchocka), pochodziła z Paszkówki w Małopolsce.
Kierownikiem Poczty p. Stanisław Bieniasz - Krzywiec - pochodził z Nowogródka. Listonoszami byli p.p.: Czesław Klepacz, Czechowski, Romański...
Gądków Wielki 1958 r., chrzciny siostry Marysi. Od lewej ksiądz Stanisław Barański, mama Janina z córką - moją siostrą Basią, Maria Suchocka zd. Stolarz z Marysią, brat mojej babci Antoni Adamowicz, mój ojciec Antoni Karlik. Fot. ze zbiorów rodzinnych.Proboszczem Parafii Rzymsko - Katolickiej ks. Stanisław Barański - pochodził z Sokółki w woj. białostockim, a prefektem ks. Władysław Cisek - pochodził z Małopolski Wschodniej.
Nadleśniczym był p. Czesław Glinka, którego żona prowadziła punkt skupu jagód i grzybów. Mieli dwóch synów.
Zawiadowcą Stacji Kolejowej p. Ruszkowski, którego syn Rysiu chodził ze mną do szkoły, a po nim p. Maryniak, który pochodził z Wielkopolski. Jego żona prowadziła punkt skupu jagód i grzybów.
Kierownikiem Ośrodka Zdrowia dr Józefowicz, a po nim dr Ryński.
Kierownikiem Gorzelni p. Doliński - działała niedługo, ale na pewno w 1962 r. (syn Witek był moim szkolnym kolegą). Kiedyś byłem u Witka i widziałem w środku gorzelnianego budynku wielkie cysterny - silosy jakby z kranami...Co się z gorzelnią stało, gdzie się podziała?
Kierownikiem młyna wodnego p. Jacuk. Nie wiem kto był przed p. Jacukiem. Kiedyś byłem z ojcem w młynie. Wszystko tam działało perfekt, a gospodarze przywozili zboże na przemiał. Wiem, że budynek młyna się zachował, ale co się stało z jego urządzeniami, gdzie się podziały?
Podobna sytuacja dotyczy marmurowych płyt epitafijnych na niemieckim cmentarzu. Czasami można się spotkać z twierdzeniem, że miejscowi zniszczyli, co nie jest prawdą. Mieszkańcy naszej wsi mieli, i mają "genetyczny szacunek do grobów zmarłych", i dotyczy to także grobów obcych. Słyszałem gdzieś, że groby rozkradano nocami, a sprawcy posługiwali się autami i profesjonalnym sprzętem...
Kuźnię przy ulicy Kościuszki prowadził p. Nowak, który mieszkał z rodziną vis a vis. Po jego śmierci prowadził syn Julian. Gospodarze przyjeżdżali końmi, które podkuwali oraz naprawiali metalowe obręcze na koła, lemiesze do pługów...
Kierownikiem kina "Zorza" był p. Józef Łuszczewski - pochodził z Żurawna, a operatorem p. Hekla, pochodził z Bieszczad. Obaj dojeżdżali do pracy rowerami z Bargowa. Seanse filmowe były w niedzielę i we wtorki.
Komendantem Ochotniczej Straży Pożarnej był p. Julian Nowak z m. Łancew Łóg k. Baranowicz b. województwa nowogródzkiego.
Lekarzem w przychodni przy ulicy Wojska Polskiego był dr Józefowicz, który przybył do G.W. z rodziną, a siostra Jadzia chodziła do naszej klasy. Pamiętam, jak kiedyś na nabożeństwie w kościele dr uczestniczył we mszy świętej stojąc w zakrystii obok ołtarza, znał się chyba z księdzem Szczukowskim. Ja służyłem wtedy do mszy świętej. Po dr. Józefowiczu, lekarzem został dr Ryński, który "pasjonował" się wędkarstwem i często można było go zobaczyć w czapce pilotce na pontonie na jeziorze Wielicko.
Ok. 1956/7 roku u Państwa Malerowiczów przy ul. Kościuszki palił się chlew. Do jego gaszenia biegł p. Mikołaj Woźniak (był na wojnie rosyjsko - japońskiej w 1905 roku), który do mojego ojca krzyczał: "Jontek, u Malarewica sie poli!" Wszyscy jeszcze spaliśmy, ale ojciec się zerwał i pobiegł, a ja za nim...W pewnym momencie widziałem jak ojciec trzymając strażacki wąż i gasząc ogień spadł z murku na ziemię. Mój Ojciec Antoni, zmarł w 1959 w wieku 31 lat.
Schorowany, po operacji w Zielonej Górze, którą wykonał dr Bandurski, udzielił mi błogosławieństwa, kiedy szedłem do I Komunii Świętej. Podszedłem do Ojca, który pogłaskał mnie po głowie...Byłem najstarszy z pięciorga rodzeństwa.
Mikołaj Woźniak kiedyś śpiewał: " Hej, na Dalekim Wschodzie wojna wrze! A Polszczyk (?) Moskala w dupę rżnie! Hej, bo go żałuje...hej, bo go żałuje!" Piosenkę zapamiętał mój brat Janek, jak przyśpiewywał sobie kosząc trawę...
Nie pamiętam dokładnie w którym roku (1966?), ale z naszymi strażakami byłem kiedyś na pożarze lasów k. Radzikowa. W pewnym momencie znaleźliśmy się wszyscy w morzu ognia. Widziałem jak płomienie leciały "lotem błyskawicy" nad czubkami młodych choinek sosnowych. Józek Sałęga krzyknął, żeby uciekać, i wtedy leśną drogą wycofaliśmy się do większego lasu, gdzie stały radiowozy strażackie. Ostatecznie, pożar ugasili dopiero żołnierze Wojska Polskiego ze Słubic, którzy czołgami zrobili przesieki hamujące jego dalsze rozprzestrzenianie się...
W sklepie spożywczym przy ulicy Dworcowej w pobliżu poczty pracowała p. Solińska i p. Targaszewska, a w dziale tekstylnym p. Szczepańska (?), i p. Kwiatkowska. W dziale tekstylnym można było sprzedać jaja.
Przez parę lat przy ulicy Dworcowej w pobliżu kina i świetlicy, sprzedawał lody p. Konstanty Kwiatkowski. Sprzedawał je ze "specjalnej" mobilnej budki, które nakładał "ruchomą" łyżką na dwa płaskie wafelki. Smakowały wyśmienicie, a dzieci mogły je kupić na miejscu i nie musiały jechać do Rzepina czy Zielonej Góry.
Gospodarze nie kupowali chleba w sklepie, piekli sami. Moja mama sama wypiekała chleb, który bardzo lubiła babcia Emilia, my natomiast lubiliśmy ze sklepu. Za chlebem czasami były w sklepie kolejki. Kiedyś p. Kozłowa krzyczała: "Nie ma chleba, włóżcie se ręce do nieba!"
Ok. 1957 roku moja babcia Emilia z dziadkiem Grzegorzem Suchockim pojechali "za Bug" odwiedzić swoje rodziny w Pohorełce, Starzynkach i Mniszanach. Dla swoich wnuków przywieźli stamtąd blaszany tramwaj, który po nakręceniu jechał. Babcia opowiadała, że nie chciałaby mieszkać w swoich stronach, ponieważ tamtejsze władze zabrały ludziom nawet podwórka, które zaorali i włączyli do kołchozów. Babcia bardzo tęskniła za swoją młodszą siostrą Heleną, która pokłóciła się z jakimś urzędnikiem i nie zezwolili jej wyjechać do Polski. Przez cały czas swojego życia i zamieszkiwania w wiosce Pohorełka k. Iwieńca, Helena nie poszła do pracy w kołchozie. Jej syn Antek - Tolik przez jakiś czas pracował jako "kinszczyk" - operator filmowy oraz w miejscowej torfowni.
Na zapleczu sklepu była piekarnia, gdzie pracował m.in. p. Czesław Gądek.
W sklepie spożywczym przy ulicy Kościuszki kierowniczką była p. Asienkiewiecz.
Sklep "żelazny" był prowadzony przez Konstantego Kwiatkowskiego (?), wcześniej była w tym miejscu wiejska gospoda. Kiedyś, za zarobione pieniądze ze sprzedanych grzybów, kupiłem tam zegarek m-ki "Błonie", który mam do dzisiaj.
Kiosk "Ruch" przy ulicy Dworcowej prowadziła p. Szadulska, przed nią p. Haściło, która pochodziła z Ruhajca na Ziemi Iwienieckiej. Ok. roku 1970 kupiłem tam książkę Alana Bullocka pt. "Hitler studium tyranii." W 1964 roku widziałem w kiosku zdjęcie Leonida Breżniewa zamieszczone w Trybunie Ludu, gdzie napisali, że został wybrany I sekretarzem KPZR...
Świetlicę wiejską prowadziła p. Idaszewska, a później p.p. Kozłowa, Wojnicz...
Kiedyś, ok. 1957/58 roku zorganizowano imprezę sportowo - estradową. Na scenie odbył się dziecięco - młodzieżowy turniej bokserski. Jako mały chłopiec - miałem ok. 8/9 lat "walczyłem w wielkich rękawicach bokserskich" z Jurkiem Idaszewskim. Różne piosenki ludowe śpiewał wtedy i grał na organkach Mietek Pląder, śpiewała też Wojnicz.
W wiosce istniała drużyna piłkarska Ludowego Zespołu Sportowego "Czarni", która w niedzielne popołudnia ściągała na boisko miejscowe dzieci, młodzież i dorosłych. Cieszyła się dużym zainteresowaniem i wzbudzała emocje...
W 1960 roku, chodziłem z Mietkiem Plądrem "po domach" z powitaniem Nowego Roku. Mietek miał papierową opaskę z napisem "Stary Rok 1959", a ja "Nowy Rok 1960". Śpiewaliśmy kolędy, a Mietek grał na organkach.
Mama Mietka pochodziła z Galicji, bywałem u nich. Kilka razy poczęstowała mnie pyzami "upieczonymi na parze", czego w moim domu nie było. Smakowały wyśmienicie.
Zawsze w czerwcu, z okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka, odbywały się w naszej szkole podstawowej wyścigi kolarskie. Etap prowadził z Gądkowa Małego do mety przy szkole na ulicy Kościuszki. Zwyciężali przeważnie chłopcy dojeżdżający rowerami do szkoły z Gądkowa Małego, z Bargowa lub Dębrznicy.
W dniu 12 kwietnia 1961 roku kierownik naszej szkoły p. Roman Strasz zarządził na dworze apel, na którym powiadomił nas, że Związek Radziecki jako pierwszy w świecie wystrzelił w kosmos rakietę z człowiekiem na pokładzie. Człowiekiem tym był Rosjanin Jurij Gagarin...
Chodząc codziennie do szkoły, zawsze mijałem rozwalony murowany budynek naprzeciwko kościoła. Stały tylko mury z oknami na podwyższonym parterze. Ludzie mówili, że miał tam być szpital, który został zbombardowany. Zaraz za budynkiem było widać "ramię" drewnianego żurawia studni. W wiosce nigdzie więcej takiej studni nie było. Niżej, za żurawiem zamieszkiwała rodzina Państwa Zająców - starsza Pani z dwoma synami, z których jeden był żonaty. Zawsze nurtowało mnie pytanie z jakich stron pochodziła rodzina. Domyślam się, że gdzieś z Galicji, ale do dzisiaj tego nie wiem, a teraz nie ma się kogo zapytać...
A propos studni, prawie wszyscy gospodarze posiadali studnie z wiadrem zawieszonym na wale z korbą. Niektórzy, drewniane z wydrążonym w środku kanałem...Te drugie "wyrabiał" Pan Jan Kłys (1921), który mieszkał z żoną przy ulicy Walki Młodych. Mój dziadek Mikołaj zamówił u niego taki słup - studnię. Drugi dziadek Grzegorz, posiadał studnię w postaci metalowego słupa. Obie - drewniana i metalowa działały na tej samej zasadzie - wodę się pompowało metalową korbą...
Magazyn skupu zboża i sprzedaży węgla prowadził Władysław Klepacz. Skupywał także puste butelki. Był też inkasentem rachunków za energię elektryczną.
Niedługo działała rzeźnia, którą prowadził p. Rutka, który pochodził z Wielkopolski.
Stawy hodowlane karpia, które należały do Państwowego Gospodarstwa Rybackiego w Międzyrzeczu prowadził p. Grzegorz Suchocki z Wołożyna b. woj. nowogródzkiego.
Przy ulicy Wojska Polskiego - tam gdzie dzisiaj są dwa bloki mieszkalne, znajdowała się baza traktorów OTL (Ośrodek Transportu Leśnego) m-ki Ursus i później samochodów Praga, którymi wywożono z lasu "kopalniaki" (ścięte sosnowe drzewa bez gałęzi), które gromadzono przy stacji kolejowej.
W bazie pracował m.in. Edek Sitarz, Bronek Marszałek - pochodził spod Kalisza, Marian Ryś - pochodził z Kielecczyzny, zginął na torach kolejowych - przykryta brzózkami jego trumna jechała na samochodzie Praga, na tym samochodzie którym pracował w lesie, Jasiek Momot, Roman Rogóż. Stróżem był p. Burdziuk.
Kierownikiem składnicy "kopalniaków" był p. Antoni Świrski, który pochodził z m. Borcie k. Oszmiany na Wileńszczyźnie. Jego dziadek posiadał tam wiejską gospodę...
Wielu mieszkańców wioski było członkami ZBOWiD-u. Widziałem kiedyś, jak rozchodzili się do domów po swoim zebraniu w sali kina "Zorza". Niektórzy byli w długich wojskowych płaszczach koloru zielonego - Wincenty Downar, który pochodził z wioski Pokucie k. Iwieńca na Nowogródczyźnie. Prenumerowali oni pismo "Za wolność i lud" , które czytywałem u dziadka. Niektórzy prenumerowali pismo "Gromada", a dziadek jedno i drugie.
Mojemu dziadkowi założyli w domu głośnik radiowy - niektórzy mówili na niego "kołchoźnik". W tym celu do ściany zewnętrznej domu doprowadzili specjalny drut linii napowietrznej...
W pobliżu cmentarza mieszkało starsze rodzeństwo Państwa Krzywych. Pan Krzywy był z zawodu szewcem, kilka razy zanosiłem do niego do naprawy zimowe trzewiki. Do naprawy używał drewnianych kołeczków. Dziwiliśmy się, że latem ciepło się ubierał, chodził przeważnie w kufajce. Jego siostra poruszała się w butach - protezach i prawie wcale nie opuszczała domu. Moja babcia Emilia czasami ich odwiedzała i wspominała, że oboje byli na przymusowych robotach w Niemczech, gdzie podczas alianckiego nalotu p. Krzywa utraciła obie stopy. Państwo Krzywi są podobno pochowani w Białogardzie, gdzie mieszkał ich brat.
Buty na miejscu naprawiał także Janek Majcher, który kiedyś zrobił na wymiar dla księdza Stanisława Barańskiego i ślubne dla Józka Niedzieli.
W podobnej sytuacji jak Państwo Krzywi był p. Stanisław Malerowicz, który w czasie wojny w wiosce Łancew Ług k. Baranowicz utracił obie stopy. Po wiosce poruszał się rowerem, i każdego roku pilnował czereśniowej alei w kierunku na Dębrznicę. Zrywaliśmy u niego czereśnie, które były gdzieś odstawiane - zrywali: Janek Chaba, Józek Bilski, Janek Kamiński...
Po sąsiedzku z Państwem Krzywymi mieszkali Państwo Struzik, którzy mieli dorosłego syna Józka. Pan Struzik pasał z nami krowy, przeważnie w lasach w pobliżu "Wianuszka".
Naprzeciwko Państwa Struzików mieszkał kolejarz p. Mańkowski, który z rodziną gdzieś się wyprowadził. Za nim, Państwo Więcławowie, którzy mieli syna Józka. Kiedyś kupili u mojego dziadka Mikołaja krowę "Łysą", (dziadek mówił "Łyso"). Pan Więcław był dróżnikiem i widywało się go podczas pracy przy lokalnych drogach w kierunku na Dębrznicę czy Mierczany.
Miejscowość miała charakter rolniczy, a gospodarze prowadzili gospodarstwa wielokulturowe - uprawa zbóż i okopowych oraz hodowla trzody chlewnej. Próba założenia "kołchozu" w latach 50., nie powiodła się. Wielu rolników dorabiało pracą sezonową w lasach państwowych.
Do ok. 1970 roku rolnicy byli zobowiązani płacić obowiązkowe podatki, a sytuacja zaczęła się zmieniać wraz z rozpoczęciem rządów w PRL przez I sekretarza PZPR Edwarda Gierka. Stopniowo, w zamian za renty można było zdawać ziemię na rzecz Skarbu Państwa.
Młodzież uczyła się w szkołach: w Rzepinie - LO nr 17 i Technikum Leśne w Starościnie k. Rzepina, Zielonej Górze - Technikum Budowlane, Głogowie - Technikum Budowlane, Słubicach - Technikum Samochodowe. W Studium Nauczycielskim w Gorzowie Wlkp., na WSI w Zielonej Górze, UAM w Poznaniu czy Pomorskim Uniwersytecie Medycznym w Szczecinie. Później przeważnie emigrowali, i zostawali w większych miastach. Kilku chłopaków znalazło pracę w Zagłębiu Miedziowym w Głogowie.
Na wsi został i z powodzeniem prowadził gospodarstwo rolne Stanisław Woźniak - w 7. klasie siedzieliśmy razem w szkolnej ławce, który dodatkowo zdobył uprawnienia insyminatora.
W 1961 r. w związku z zaostrzeniem się konfliktu politycznego wokół Berlina, przez miejscowość przejechały radzieckie czołgi T-34, których eszelon wyładował się na rampie stacji PKP. Czołgi te zniszczyły gąsienicami "kocie łby" na ulicy Kościuszki. Wkrótce pojawiło się Wojsko Polskie, które dokonało naprawy drogi. W okolicznych lasach znajdywano ulotki propagandowe i srebrne tasiemki, które "miały hamować fale radiowe." Ludzie opowiadali, że Nikita Chruszczow jechał pociągiem przez Rzepin na spotkanie z J.F. Kennedym do Wiednia i, miał pomachać ludziom z okna wagonu...
Ok. 1961/62 roku pojechaliśmy ze szkołą do Boczowa na powitanie jadącego na Berlin Wyścigu Pokoju. Jeden z kolarzy rzucił na pobocze swój opróżniony bidon, za którym pobiegli chłopcy z Waldkiem Umińskim na czele...Bidon był pusty, ale zdaje się był przy nim kawałek czekolady...Ktoś z nauczycieli potępił takie zachowanie dzieci.
Na początku lat 60. zaistniał w Gądkowie Wielkim konflikt religijny. Młody ksiądz Czesław Szczukowski, który zastąpił odchodzącego księdza prefekta Władysława Ciska, założył kościół narodowy popierany przez administrację państwową.
Wierni katolicy podzielili się, część poparła księdza Czesława, a część została wierna Biskupowi w Gorzowie Wlkp. "Schizma" nie trwała długo, a tylko do czasu kiedy ludność rozszyfrowała prawdziwe podłoże "konfliktu". Ostatecznie, ksiądz Czesław "zrzucił sutannę", i założył rodzinę. W cywilu prowadził stację benzynową.
Na kościelnej wieży p. Stańko założył kiedyś żarówki na krzyżu, który wieczorem był widoczny z daleka, i było to dosyć ekscytujące. Po każdorazowym przyjeździe pociągiem ze szkoły w Rzepinie, już ze stacji kolejowej widzieliśmy oświetlony krzyż...
W kwietniu1961 roku obiegła wioskę smutna wiadomość. Na przejeździe kolejowym w Małym Gądkowie, pobity został śmiertelnie Władysław Patocki, który był autochtonem. Po tym smutnym i tragicznym wydarzeniu, jego mama wyjechała do rodziny do Niemiec. Kilka razy bywałem z babcią Emilią w domu p. Potockiej. Władek był elektrykiem i na prośbę mojego ojca Antoniego, podłączył nam kiedyś przewód elektryczny do radia.
Innym autochtonem, którego mieszkał w Gądkowie Wielkim był p. Alojzy Knobel, który pochodził z okolic Rzepina i ożenił się z p. Bechert. Kiedyś mi opowiadał, że jego mama mieszkała w pobliżu Frankfurtu n. Odrą, i że ją odwiedził... Pracował koniem w lesie - Lasy Państwowe ( na konie mówiono pagiety) przy tzw. "zrywkach". Pracowali tam również Ryszard (Krzysztof) Bednarczyk, Bazyli Szychowiak i Józef Wilimber. Bazę mieli na zapleczu budynku nadleśnictwa przy ul. Wojska Polskiego.
W 1964 roku zaczęto budować Kolejowy Ośrodek Wczasów Wypoczynkowych nad jeziorem Wielicko. Budowało Wojsko Polskie. Wybudowano duży drewniany pomost z plażą, oraz kilkadziesiąt domków campingowych ze stołówką i pięknym tarasem.
Na odpoczynek przyjeżdżały kolejarskie rodziny z Zielonej Góry i innych miast woj. zielonogórskiego. Nad jeziorem odbywały się dancingi, które przyciągały młodzież.
W dniu 2 lipca 1967 roku, a właściwie w nocy, utonął mieszkaniec Gądkowa Małego Stanisław Aleksandrowicz (1942), który miał wypłynąć na jezioro łódką przycumowaną przy plaży.
Innym razem w zimie, załamał się lód pod przechodzącym przez jezioro Marianem Bąkiem, którego uratowano.
W grudniu 1958 roku zdarzył się nieszczęśliwy wypadek u naszych sąsiadów Państwa Burdziuków przy ulicy Kościuszki. Podczas przygotowywania prania uległa śmiertelnemu poparzeniu p. Aniela Burdziuk lat 30. W tym czasie większość mieszkańców nie posiadała jeszcze pralek elektrycznych, a zaczęły się dopiero pojawiać polskiej produkcji "Franie"... Nie mówiąc o lodówkach, które zaczęły się pojawiać dopiero w latach 70. XX wieku. Niektórzy gospodarze posiadali tzw. centryfugi, które pozwalały szybko oddzielić śmietanę od mleka. Nasza mama też taką posiadała...
Nie wiem, czy to były jeszcze lata 50., czy już 60., ale w Gądkowie Wielkim miał miejsce "spór o miedzę". Kłócili się Błażej Niedziela i jego sąsiad Burdziuk. Ich ogrody były przedłużeniem posesji w kierunku asfaltu - drogi do gorzelni. Dalej za ich ogrodami była i jest do dzisiaj łąka. Obaj chcieli mieć dłuższe swoje ogrody, a tym samym więcej ziemi uprawnej przy swoim gospodarstwie. Pamiętam, że któryś z nich postawił swojego konkurenta przed faktem dokonanym i jeszcze w nocy lub nad ranem zaorał ziemię... na co drugi się nie godził...Nie wiem dokładnie, ale spór zakończył się "bezkrwawo" najprawdopodobniej w wyniku interwencji przewodniczącego GRN p. Stanisława Doboszyńskiego...
Ok. 1960 roku pojawiły się w wiosce pierwsze telewizory marki Wawel, pierwszy był w szkole, a drugi w świetlicy. Telewizory przyciągały młodzież i dzieci "jak magnes". W szkole, wieczorami oglądali TV przeważnie nauczyciele.
"Wspinaliśmy się na ściany, aby przez szparę zobaczyć cokolwiek." Podobnie było z filmami dla dorosłych w kinie "Zorza" przy ulicy Dworcowej.
W listopadzie 1963 roku, po przyjeździe ze szkoły w Rzepinie biegliśmy z Cześkiem Polowczykiem ze stacji PKP do świetlicy przy ulicy Dworcowej aby zdążyć zobaczyć pogrzeb zabitego w Dallas Prezydenta USA Johna Kennedy,ego.
W Gądkowie Wielkim nikt nie posiadał samochodu osobowego, a pierwszym, który posiadał motocykl m-ki Junak był leśnik Marian Wardęga. Podstawowym środkiem lokomocji były jeszcze zaprzęgi konne i rowery.
Do Rzepina na targ - 18 km, rolnicy jeździli wozami konnymi. Kiedyś byłem tam z dziadkiem Mikołajem Karlikiem - pochodził Woli Kalinowskiej k. Krakowa. Innym razem kiedy byłem w LO, po lekcjach jechaliśmy do domu wozem konnym - furmanką z ojcem Cześka.
Do Liceum Ogólnokształcącego w Rzepinie młodzież dojeżdżała pociągiem, który wyjeżdżał z Gądkowa Wielkiego o godz. 7.30. Jechało się wtedy wagonami tzw. bonanzami - z tzw. mostkiem przy schodzeniu na stopień schodka, a ławeczki w środku były przy ścianach z wolną przestrzenią na środku. Po lekcjach pociąg był lepszy, z przedziałami...
Z mojej klasy w szkole podstawowej, do LO w Rzepinie dojeżdżali: Danusia Wardęga, Irka Kozyra, Irka Downar, Teresa Solińska i my z Cześkiem. Z innych klas: młodszy od nas Mietek Dudek i, starsi; Maniek Rudziński, Mietek Pląder, Poldek Romański, Jerzyk Mikołajczyk, Józek Dudek oraz dziewczyny Dorotka Klepacz, Przybyła, Szczepańska, Doboszyńska...oraz młodsze ode mnie, kuzynka Danusia Karlik i moja siostra Basia (Irka) Karlik...
Oprócz licealistów, do pracy w Rzepinie dojeżdżali: p.p. Korcypa - pracował w MO, Julian Nowak - w SOK, Ksawery Suchocki - w Urzędzie Celnym, Michał Zając, Stefan Fituch, Janek Malerowicz - w Hartwigu, Janek Majcher w zakładzie szewskim k. restauracji "Pod Jeleniem"....którzy zawsze w oczekiwaniu na poczekalni na pociąg, grali w "tysiąca"...
Do LO w Rzepinie uczęszczałem w latach 1964 - 68.
Ok. 1965 roku miało miejsce nieszczęśliwe wydarzenie w mojej rodzinie. Brat Maniek z Jasiem Kamińskim zrobili sobie samopał, którym strzelali do butelki. Niestety, samopał wystrzelił ale do tyłu, w wyniku czego "pocisk" trafił Mańka w zęby i utkwił w jamie ustnej. W szpitalu w Zielonej Górze usunięto mu okruchy metalu "magnesem chirurgicznym"...Z polecenia mamy odwiedziłem tam brata.
Egzamin maturalny w LO Rzepin w 1968 roku. Siedzę w drugim rzędzie od lewej strony między dwiema dziewczynami. Czesiek Polowczyk siedzi przed dziewczyną przede mną. W trzecim rzędzie od lewej pierwszy Kajtek Jędrzejewski, trzeci Heniu Kaliski, piąta Krysia Dutkiewicz, siódmy Waldek Umiński. W pierwszym rzędzie od prawej, drugi Stasiu Aloszko, piąty Rysiek Okupski z którym parę lat siedziałem w jednej ławce...Fotografię udostępnia p. Alicja Juszkiewicz Cyfer.Może dwa lub trzy razy, kiedy z jakichś powodów lekcje zakończyły się wcześniej, szliśmy pieszo z Cześkiem do Gądkowa Wielkiego.
Na 1000 Lecie Milenium Chrztu Polski w 1966 roku musieliśmy jechać do szkoły w niedzielę. Nauczyciele wyprowadzili nas na wycieczkę do lasu, a my uciekliśmy i wróciliśmy do domu pociągiem, który odjeżdżał z Rzepina ok. 10.30...
Kiedyś, nie pojechałem na tzw. wykopki - zbieranie ziemniaków , które LO wykonywało na rzecz PGR Lubiechnia. Mama musiała jechać do szkoły aby mnie usprawiedliwić...Paradoks polegał na tym, że pomagałem w gospodarstwie dziadka, i musiałem jeszcze pomagać PGR...
W 1968 roku, kiedy rano szliśmy na stację kolejową z zamiarem udania się do szkoły w Rzepinie, szedł przed nami nasz kolega z klasy Waldek Umiński, który idąc torem kolejowym wymachiwał z daleka jakimiś kartkami.
Okazało się, że były to ulotki, na których odręcznym pismem ktoś napisał: "Studenci Polscy łączcie się z nami, studenci czescy już się połączyli."
Kiedyś, na tablicy w naszej klasie ktoś napisał: "PZPR - Polska związana powrozem radzieckim"...Okazało się, że zrobił to Waldek, którego rodziców wzywano do szkoły. Była obawa, że nie dopuszczą go do matury...Maturę zdał i, uczył się na SN w Zielonej Górze.
Dyrektor LO Antoni Masło zgromadził młodzież starszych klas, na którym głosowano rezolucję potępiającą marcowe wydarzenia w Warszawie. Nie wszyscy rezolucję poparli.
Liceum Ogólnokształcące w Rzepinie ukończyłem w 1968 roku i dalszą naukę kontynuowałem w Studium Nauczycielskim w Gorzowie Wlkp., które ukończyłem w 1970 roku.
Pewnego razu przywiozłem do akademika w Gorzowie Wlkp. portrecik - zdjęcie Marszałka Józefa Piłsudskiego, które znajdowało się w jakimś przedwojennym periodyku rolniczym p. Leonarda Paszkowskiego, dziadka Waldka Umińskiego.
Ten niewielki portrecik powiesił sobie nad łóżkiem mój współlokator Jasiu Wojnowski. Zdarzenie to spowodowało zebranie uświadamiające, a Jasiu musiał portrecik usunąć.
Na SN- ie chodziliśmy na religię przy gorzowskiej katedrze. Kiedyś nasi przełożeni dochodzili, kto chodzi, i pamiętam, że wzywali m.in. rodziców Marka Janowicza.
W dniu 20 lipca 1969 roku byłem na miesięcznym obozie wojskowym w Sulechowie. Obóz finalizował dwuletnie szkolenie, po którym mieliśmy zaliczoną obowiązkową służbę wojskową pod warunkiem pracy nauczycielskiej. W moim przypadku było ta, że po rocznej pracy poszedłem na UAM w Poznaniu i to mnie nie zwolniło od wojska. Ponownie musiałem się szkolić i przejść roczną służbę wojskową w Szkole Oficerów Rezerwy Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Zmechanizowanych im. Tadeusza Kościuszki we Wrocławiu. Pisałem w tej sprawie do "Żołnierza Polskiego", ale odpowiedź była jednoznaczna i dla mnie niekorzystna. Korzystna jednak w tym sensie, że zostałem oficerem Wojska Polskiego w stopniu podporucznika. Promocję mieliśmy w jednostce wojskowej w Malborku.
Dzień 20 lipca 1969 roku, to dzień lądowania Amerykanów na Księżycu. Na korytarzu 'koszar" w Sulechowie stał czarno - biały telewizor, a my wszyscy biegliśmy oglądać to niecodzienne i historyczne wydarzenie. Byliśmy naprawdę pod wrażeniem epokowego osiągnięcia Ameryknów. Wiedzieliśmy, że ZSRR przegrał rywalizację o podbój kosmosu.
Podczas nauki w SN, miałem praktykę nauczycielską w szkole podstawowej w Rzepinie - w piętrowym budynku w pobliżu kościoła. Kierownikiem szkoły był p. Bolesław Nawrot, którego żona uczyła nas j. polskiego w LO.
Pewnego razu, już po zajęciach lekcyjnych p. Bolesław Nawrot zaprosił mnie na obiad do restauracji "Pod Jeleniem". Pokazał wtedy niemałą kolekcję zdjęć z II Korpusu Wojska Polskiego gen. Andersa podczas kampanii włoskiej.
Zrobiło to na mnie niemałe wrażenie, szczególnie jeśli chodzi o liczbę naszego wojska. Na jednym ze zdjęć był pełen stadion żołnierzy. Taka lekcja znaczyła dla mnie więcej niż liczne wykłady. Państwo Nawrotowie pochodzili gdzieś z Nowogródczyzny...
W 1970 roku miały miejsce w Polsce tragiczne wydarzenia na Wybrzeżu, ale de facto w Gądkowie Wielkim niewiele się wiedziało. Zapamiętałem tylko, że nagle w sklepach pojawiło się masło...
Po ukończeniu LO w Rzepinie, Czesiek Polowczyk od razu poszedł na studia prawnicze na UAM, a ja, po roku pracy nauczycielskiej w szkole w Gądkowie Wielkim na historyczne. Na fotografii - na podwórzu przy ulicy Strażackiej 8 - w środku Czesiek, z lewej mój brat Janek i ja.
Stanisław Karlik







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz