środa, 5 sierpnia 2020

Dirlewanger, Kamiński, Reinefarth i "Czarny Piątek" w Warszawie.

 ( o niemieckich zbrodniach  podczas Powstania Warszawskiego)



Oskar Dirlewanger  podczas niemieckiej antypartyzanckiej operacji "Hermann" w okolicach wioski Pierszaje na terenie woj. nowogródzkiego, obecnie w Republice Białoruś. Fot. ze zbiorów Petera Koenecke z Deutsches Rotes Kreutz, udostępniona przez Pawła  Orłowskiego z Republiki Białoruś.

Oskar Dirlewanger  urodził się w 1895 roku w Wurzburgu  na południu Niemiec. Do 1935 r. był doktorem nauk politycznych na uniwersytecie we Frankfurcie n/Menem, kiedy władze uczelni odebrały mu ten tytuł. Uznany został winnym i uwięziony za molestowanie nieletniego.

Wkrótce został   zwolniony z SS.   Miał jednak  bliskie i niewyjaśnione do dzisiaj relacje z Gottlobem Bergerem, który robił szybką karierę w tej  "organizacji".

Kiedy  opuścił więzienie, Gottlob Berger pomógł mu w powrocie na "okres próbny" do SS i skierowaniu z Legionem Germańskim  na wojnę do Hiszpanii.

W czerwcu 1940 roku  Oskar Dirlewanger został dowódcą 2000 oddziału więźniów - kłusowników z obozu koncentracyjnego w Oranienburgu pod Berlinem.

Z tymi szumowinami został wysłany do  okupowanej Polski, a później na Białoruś aby walczyć z partyzantami.

Gdziekolwiek pojawiał się ten oddział, wszędzie  były grabieże, rabunki i przekupstwo. Sędzia trybunału SS zebrał wystarczająco dużo dowodów aby aresztować Dirlewangera. Dowódca SS i policji krakowskiej Kruger, zagroził, że jeżeli się nie uspokoją, zostaną przeniesieni do Rosji.

Gottlob Berger w dalszym ciągu chronił  Dirlewangera.

Podczas "operacji warszawskiej" ten morderczy oddział składał się w 50%  z kryminalistów a w 40% z byłych żołnierzy Armii Czerwonej. Pozostałe 10% stanowili  volksdeutsche bez przeszłości kryminalnej, którzy nie wiedzieli  do jakiej formacji dołączyli.

W dniu 5 sierpnia 1944 r., Oskar Dirlewanger  posiadał w Warszawie 16 oficerów i 865 żołnierzy. Podczas walki  stan jego oddziału powiększył się do 2500 ludzi z których 1600 pochodziło z obozu  Matzkau k. Gdańska skazanych za dezercję, zhańbienie rasy i homoseksulizm SS - mannów i policjantów. Pod koniec Powstania Warszawskiego oddział liczył 648 ludzi.

Do walki z powstańcami  Niemcy zorganizowali także 600 osobowy "Pułk Gwardii" z 9. Armii  dowodzonej przez płk. Schmidta. Byli to przeważnie starzy starzy wiekiem żołnierze nieprzydatni na froncie.

Chociaż 700 żołnierzy Batalionu   Azerbejdżańskiego nie stanowiło dużej atakującej siły, okazało się, że byli  okrutnymi, zwinnymi i wytrwałymi bojownikami, którzy "oczyszczali w Warszawie dom po domu".

W dniu 5 sierpnia wszystkie te niemieckie jednostki  skierowane do tłumienia powstania liczyły 11 - 12 tysięcy ludzi. Połowa z nich nie mówiła po niemiecku. Odzwierciedlały całe spektrum ras ZSRR. Bojownicy Batalionu Azerbejdżanu składali się z Ukraińców, Muzułmanów i Kozaków. Później dołączono Turkmenów, Węgrów, Galicjan.

Walka ta była dla Ukraińców idealną drogą do uwolnienia antypolskich uczuć. To skłoniło Polaków do  "uznania" wszystkich  z nimi walczących ze Wschodu za Ukraińców.

Konsekwencją tego było, że w przypadku schwytania przez Polaków malowano im na plecach literę "U" i rozstrzeliwano. W ten sposób  bojownicy ze Wschodu nie mogli nikogo zadowolić, jedni ich nienawidzili a drudzy (Niemcy) kwestionowali umiejętności bojowe.

Do  walki z powstańcami Niemcy skierowali Brygadę Kamińskiego, którą zachęcili obietnicami łupów wojennych i specjalnym pozwoleniem na rabowanie i grabieże oraz pozostałe jednostki wraz z  rodowitymi Niemcami.

W dniu 10 sierpnia Niemcy skierowali do walki nową ciężką broń wraz z personelem. Należał do niej zdalnie sterowany "Goliat"  do rozbijania barykad, miotacz ognia "Nebelwerfer" i super ciężki moździerz "Karl 61".

Było jasne, że Niemcy chcieli wykorzystać swoją przewagę w uzbrojeniu.  Mając taką mieszaną grupę żołnierzy łatwiej było zająć ulicę obróconą w gruz niż zdobyć  dobrze bronioną przez powstańców na barykadach.

Według Naczelnego Dowództwa  Warszawa  miała zostać zrównana z ziemią i nie miało znaczenia kiedy użyje się śmiercionośnej broni.

W dniu 20 sierpnia niemieckie siły skierowane p-ko powstańcom liczyły 21.000 żołnierzy, których nigdy nie rozmieszczono w tym samym czasie. Po obu stronach liczebna siła  w ludziach była prawie taka sama.

W dniu 4 sierpnia  polskie dowództwo dało do Londynu sygnał, że "Inicjatywa jest w naszych rękach". Było umiarkowanie optymistyczne.


SS Brigadefuhrer  Mieczysław Kaminski. Fot., z opracowania "De Warschau opstand" Guntera Deschnera.

Polacy nie zauważyli, że z zachodu i południa zbliżały się do Warszawy sadystyczne siły orgii i terroru. Jednostki pod dowództwem Reinefartha, Dirlewangera i Kamińskiego dokonywały już spustoszenia na przedmieściach Warszawy. Były to jednostki, których zadaniem było zdusić wszelkie przejawy polskiego oporu - "zetrzeć ich".  Dla mieszkańcówe miasta nadchodziły dni grozy.

Podpalić Warszawę.

Piątek  5 sierpnia 1944 roku był  słonecznym i ciepłym dniem  letnim, który  dla tysięcy Warszawiaków stał się "Czarnym Piątkiem".  We wczesnych godzinach porannych jednostki Reinefartha i Dirlewangera połączyły się w celu jednego dużego kontrataku p-ko powstańcom.

Wszystkie jednostki skoncentrowano na Woli: 1 Batalion Dirlewangera rozlokowano na południe od głównej ulicy Wolskiej (na mapach niemieckich Litzmannstrasse). Kompanie policyjne Reinefartha maszerowały na północ. Niektóre czołgi Brygady Hermann Goering zajęły pozycje zapewniające ciężki ogień artyleryjski.  Niemcy rozsiewali plotki, że polskie barykady "pękną jak zapałki".

Wczesnym rankiem gen. Reinefarth rozmieścił swój sztab na skrzyżowaniu dróg Woli. Planował zmniejszyć lukę w polskiej obronie i przejść przez nią do centrum miasta obok Ogrodów Saskich do jednego z mostów Wisły.

Wola znajduje się ok. 5 km od Wisły, w normalnych warunkach to godzinny spacer.  Żołnierzom Reinefartha zajęło to trzy dni, a kiedy dotarli tak daleko, całe ulicę legły w popiele i gruzach.

Jego natarcie miało również na celu uwolnienie gen. Stahela, dowódcy  niemieckiego garnizonu Warszawy, który  od 1 sierpnia 1944 r. został oblężony w swojej kwaterze głównej.

"Wyprowadzimy cię tak szybko jak to możliwe Herr Generall - obiecał Reinefarth telefonicznie 4 sierpnia. - "Nie spiesz się, odparł Stahel. Raczej poczekaj aż zgromadzisz wystarczającą liczbę jednostek. Lepiej poczekaj dzień dłużej, znasz zasadę skoncentrowanego uderzenia. Zapytał Reinefarth: "Jak długo wytrzymasz? Poczułem się bardziej zrelaksowany, gdy Stahel, znany inteligentny i wyjątkowo kompetentny Austryjak zapewnił; "Możemy tu wytrzymać kilka dni".

Gen. Reinefarth  skoncentrował ok. 2500 ludzi w sektorze centralnym, 2. Batalion Dirlewangera był wzmacniany i nawet telefonicznie mógł być uruchomiony przed 6 sierpnia.

Naprzeciwko sił Reinefartha znajdowało się ok. 1700 żołnierzy AK, którzy należeli do elitarnego oddziału "Kedyw - Radosław", który prawie w całości składał się z dobrze wyposażonych i doświadczonych żołnierzy.

Wszyscy posiadali na sobie niemieckie mundury i bojowy sprzęt kamuflażowy SS pochodzący z magazynów składy  Waffen SS . Obie strony były ubrane prawie identycznie oprócz innych znaków i symboli narodowych.

Polacy czekali w napięciu na barykadach ulicy Wolskiej  i na skraju cmentarza  getta.


SS - Gruppenfuhrer Heinz Reinefarth. Fot., z opracowania "De Warschau opstand" Gunthera Deschnera.

Reinefarth  wydał rozkaz ataku na godz. 8.00.  Militarny cel ataku na tym etapie był inny niż Wisła.  Po wojnie Reinefarth napisał: " W tym czasie konieczne było podzielenie miasta na dwie części. Oznaczało to odzyskanie jednej lub dwóch ulic biegnących przez miasto do mostów Wisły. Odcięta przez powstańców główna droga łącząca front wschodni zostałaby ponownie otwarta.

Na prawym skrzydle na Ochocie - południowej części Woli Reinefarth rozmieścił 1700 żołnierzy Kamińskiego pod dowództwem majora Frołowa z Brygady Kamińskiego. Mieli naprzeciwko 300 - 400 polskich żołnierzy  AK.

Pomimo przewagi Polacy kontrolowali swoje pozycje, a Rosjanie posunęli się zaledwie 275 metrów.

Atak nie rozpoczął się o godz. 8.00, ale Rosjanie byli gotowi o godz. 8.30. Pisarz wojenny  bez cienia goryczy czy sarkazmu w "Dzienniku wojennym" napisał, że oddziały Kamińskiego rozlokowały się zgodnie z planem dwie godziny później niż oczekiwano. Byłoby lepiej  gdyby jednostka Kamińskiego w ogóle nie brała udziału w bitwie.

Żołnierze ci, obok zbrodniarzy Dirlewangera i kilku kilku  innych jednostek  wykorzystali historyczny rozkaz Himmlera by uczynić Wolę rozlewem krwi i 5 sierpnia przeszli ok. 1000 metrów.

Na każdej odzyskanej ulicy na Woli, nawet daleko za linią bitwy  okupanci  nie ewakuowali ludzi  do punktów ewakuacyjnych, ale stłoczonych na cmentarzach, w parkach, ogrodach i placach fabrycznych rozstrzeliwali z karabinów maszynowych, dopóki nie dawali znaków życia.

W dniu 5 sierpnia 1944 roku nikogo nie oszczędzono. Zginęli wszyscy niewinni starzy, kobiety, dzieci i członkowie AK.

Niemieccy żołnierze układali zwłoki w stosy, polewali je benzyną i podpalali. Miejsce zbrodni  zasypywali gruzami zniszczonych domów.

Oddziały niemieckie podpalały  wszystkie pobliskie budynki oraz wysadzały w powietrze ruiny i fabryki.

Dowództwo Armii Krajowej przekazało do Londynu meldunek: "Niemcy metodycznie podpalają Warszawę. Wielkie i duże pożary."

Najbardziej ucierpiały szpitale na Woli i Ochocie. "Dobrzy ludzie", jak ich nazwał Himmler na czele z Dirlewangerem zastrzelili rannych i chorych tam gdzie leżeli. Taki sam los spotkał pielęgniarki zakonnice pomocniczki lekarzy. Ale nawet te okrucieństwa są niczym w porównaniu z tym w Instytucie radiowym Marii Curie Skłodowskiej.

Żołnierze Kamińskiego zajęli szpital ok. godz. 11.00 rano. Były tam tylko leżące w łóżkach kobiety chore na raka, które zostały zgwałcone i zabite przez pijanych najemników. Rosjanie w niemieckich mundurach szaleli w łupach. Mordowali, rabowali i zabierali pierścionki, zegarki i złoto. Zagonili Polki do piwnic. 90% ofiar operacji wojskowej to cywile. Każdy dowódca wojskowy w swoim rozkazie powinien wziąć pod uwagę swój los.

Wydarzenia na Woli były niczym innym, jak systematycznym mordem z zimną krwią i bez militarnego uzasadnienia na ludności cywilnej Warszawy niezwiązanej z powstaniem, której być może nawet  było ono obojętne.

Nie były to zwykłe "ekscesy" małych oddziałów, wręcz przeciwnie Himmler wyraźnie  i bez wątpliwości wywołał okropności 5 sierpnia i następnych dni. Każdego mieszkańca Warszawy rozstrzelać, nie wolno brać więźniów. Miasto musi zostać zrównane z ziemią.

Na koniec należy podkreślić, że odpowiedzialność za te okrucieństwa spoczywa nie tylko na najemnikach rosyjskich i  kłusownikach Dirlewangera ale także  na regularnych jednostkach egzekucyjnych  SS i policji, które  odegrały swoją rolę w "tańcu śmierci"  ten "czarny piątek".

Niemieckie dowództwo wojskowe od początku było świadome skali zbrodni i okrucieństw.

Głównodowodzący 9 Armii gen. Vormann, o północy  rozmawiał telefonicznie  z Gruppenfuhrerem Reinefarthem: - Jaką masz sytuację? - Postępujemy powoli. Co mam  zrobić  z obywatelami - cywilami Warszawy. Mamy mniej amunicji niż zatrzymanych, odparł Reinefarth.

Vormann wiedział, co rozkazał Himmler, ale nie chciał mieć wiele wspólnego w tych zbrodniach. Odpowiedział: - Złożę propozycję, którą powinieneś zgłosić. Wykorzystaj do tego  swoich propagandzistów. Usuń wszystkich obywateli z Warszawy, zrób to bo przecież miasto musi zostać zrównane z ziemią. Czy nie jest za to odpowiedzialny Bach Zelewski?

Reinefarth potwierdził, a Vormann szybko kontynuował: - Poza tym Fuhrer powiedział mi, że nadal może zatrudnić 1 mln pracowników.

Reinefarth zgłosił swoje straty pierwszego dnia walk. Po stronie Niemców było tylko 6 zgonów oraz 24 ciężkie i 12 lekkich zranień.

Kiedy Vormann zapytał o straty po stronie polskiej, Reinefarth odpowiedział: - 10 000, w tym straconych.

Erich von dem Bach Zelewski, który faktycznie dowodził, w końcu przybył do Warszawy. Jego pierwszym działaniem było zarządzenie natychmiastowego zaprzestania masowych egzekucji ludności cywilnej i natychmiastowego zaprzestania grabieży.

Teraz stało się jasne, że powstrzymaniu szumowin Dirlewangera i Kamińskiego w ich niszczycielskich działaniach nie było takie łatwe, jak ich rozpoczęcei.

Wieści o przerażających i niewiarygodnych okrucieństwach dotarły  nawet do siedziby samego Fuhrera.

Gen. Guderian napisał później w swoich wspomnieniach: "- To co wtedy słyszałem, narastało tak zawzięcie, że czułem się zobowiązany poinformować Hitlera o szczególach jeszcze tego samego wieczoru i poprosić go o wycofanie obu brygad z frontu wschodniego". Nawet Gruppenfuhrer Fegelein, główny pełnomocnik Himmlera i szwagier Hitlera potwierdził: - "Tak rzeczywiście mój Fuhrerze, oni są naprawdę oszustami".

Z tego wszystkiego stało się jasne, że prawdziwa aktywność militarna 5 sierpnia została ograniczona do minimum.  Niektóre jednostkim opowiadały nawet historie o zaciętych walkach i zaskakujących atakach aby odwrócić uwagę od własnych słabych wyników. Kiedy np. brygada Kamińskiego  poinformowała Reinefartha o swojej porażce wojskowej, przeprosiła za przesadne prośby o pomoc, co mogło prowadzić do wniosku, że przyczyną był zaciekły sprzeciw.

W dniu 5 sierpnia 1944 godz. 15.30, Kamiński do Reinefartha: - "Bandyci ą ukryci w fabryce Machorki. Dalszy atak dopiero po oczyszczeniu tego terenu. Godz. 16.12. Dotarliśmy do fabryki Machorka. Silnie broniona prze bandytów. Teren ogrodzony wysokim murem. Pilna prośba o materiały wybuchowe i łatwopalne.

Reinefarth i Frołow byliby zaskoczeni gdyby wiedzieli, że Naczelne |Dowództwo 9 Armii ściśle monitorowało całą taktyczną łączność radiową z brygadą Kamińskiego ponieważ ta jednostka była podejrzana od pierwszej chwili. To, co  9 Armia myślała o " sukcesie" jednostki RONA, wynika z notatki w "Dzienniku wojennym" - "Pułk  posuwa się z południa w kierunku Reichstrasse (Aleje Jerozolimskie)  do fabryki Machorka..."

Właśnie dlatego, że nie ufali tym szumowinom, 9 Armia rozmieściła 4 Pułk Piechoty Prus Wschodnich w Alejach Jerozolimskich. Chcieli uniknąć starcia między siłami frontowymi a tymi zdemoralizowanymi....


Jest to nieprofesjonalne tłumaczenie opracowania historyka Gunthera  Deschnera pt. "De Warschau opstand", wydanego w 1979 troku w Antwerpii.



Stanisław Karlik





Brak komentarzy: