(Fragment wspomnień Bohdana Nielubowicza opublikowany w opracowaniu pt. "Szczenięce lata - Wspomnienia z Kresów").
Widokówka udostępniona przez Bohdana Nielubowicza w dniu 31 III 2012 roku
Z początkiem lat trzydziestych byłem z mamą z wizytą u wujostwa Famińskich na Święta Wielkanocne w Wołożynie na Wileńszczyźnie. Jechaliśmy przez zaśnieżoną północno- wschodnią Polskę do Lidy, gdzie była przesiadka.
Z początkiem lat trzydziestych byłem z mamą z wizytą u wujostwa Famińskich na Święta Wielkanocne w Wołożynie na Wileńszczyźnie. Jechaliśmy przez zaśnieżoną północno- wschodnią Polskę do Lidy, gdzie była przesiadka.
Mama zatrzymała się w hoteliku żydowskim. Wielki nieco
staroświecki pokój był chyba na pierwszym piętrze. Gdy już byłem w pokoju,
nagle wjechał do niego synek gospodyni na wspanialej dziecięcej drezynie. Boże!
on ma taki wspaniały wehikuł a ja w Brześciu kręcę się w kółko na „aucie” z fortepianowego taboretu. Niestety,
ku mojemu niezadowoleniu, nie udało mi się popróbować tej drezyny; matka
delikatnie wyprosiła właścicielkę - tłumacząc się zmęczeniem podróżą.
Na drugi dzień rano byłem z matką w
lokalnej cukierni. Pamiętam bufet zastawiony
koronkowo lukrowanymi sękaczami, które były specjalnością kuchni
kresowej.
Ojciec zawsze zamawiał sękacz (zwany
popularnie baumkuchenem) na Stół Wielkanocny w Kobryniu, gdzie cukiernicy
specjalizowali się w ich wypieku.
Tego samego dnia pojechaliśmy koleją dalej;
droga prowadziła przez zasypane śniegiem pola i lasy, pełne tropów zajęczych. W
końcu dojechaliśmy do celu, czyli do stacji w Horodzkach. Stamtąd do Wołożyna jechało się sankami ponad
20 kilometrów. Był ostry mróz i sanna była wspaniała. Ubrano nas w wielkie
szuby z wilczego futra.
Mieszkanie u wujostwa było na terenie szpitala
i co mnie napawało paniką – za oknem
mojego pokoju była o zgrozo! - kostnica szpitalna. Wuj Famiński był
chirurgiem i gdy już mieszaliśmy w Krakowie, przyjeżdżał co roku na staż
kliniczny. Podczas tych pobytów odbywały się niezapomniane spotkania; wuj
niesłychanie barwnie i z ogromną swadą opowiadał o swym burzliwym i pełnym
przygód życiu w Rosji.
Był z pochodzenia moskwiczaninem i do Polski dostał się
wraz z armią bolszewicką w latach dwudziestych. Był to pan bardzo przystojny,
postawny, zamiłowany myśliwy i jak nadmieniłem urokliwy gawędziarz. Wujostwo
posiadali samochód produkcji francuskiej i szofera, co na ówczesne czasy było
nie lada luksusem.
Zapamiętałem z opowiadań wuja jeden szczegół dotyczący jego
praktyki lekarskiej. Otóż na Kresach w bezpośrednim sąsiedztwie sowieckiej granicy
był zwyczaj, że lekarzowi płacono za wizyty złotymi monetami carskimi, tzw. złotymi rublówkami.
W
trakcie naszego pobytu u wujostwa mojej mamie przytrafił się zabawny wypadek.
Do Stołu Wielkanocnego zasiadło kilkunastu proszonych gości. Matka nieco spóźniła
się i podczas przeciskania się do zarezerwowanego dla niej miejsca, nagle
straciła równowagę i aby ją ratować - gwałtownie oparła rękę o stół. Ale pech chciał, że właśnie tam
stał wielki tort. Myślałem, że skonam ze śmiechu. Naturalnie mama nie w pełni
podzielała moje ubawienie.
Wspomnienia udostępnione 8 lutego 2012 roku.
Stanisław Karlik

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz