czwartek, 2 kwietnia 2020

Wizyta w Wołożynie...


   (Fragment wspomnień Bohdana Nielubowicza opublikowany w opracowaniu pt. "Szczenięce lata - Wspomnienia z Kresów").

Widokówka udostępniona przez Bohdana Nielubowicza w dniu 31 III 2012 roku

Z początkiem lat trzydziestych byłem z mamą z wizytą u wujostwa Famińskich na Święta Wielkanocne w Wołożynie na Wileńszczyźnie. Jechaliśmy przez zaśnieżoną północno- wschodnią Polskę do Lidy, gdzie była przesiadka. 

Mama zatrzymała się w hoteliku żydowskim. Wielki nieco staroświecki pokój był chyba na pierwszym piętrze. Gdy już byłem w pokoju, nagle wjechał do niego synek gospodyni na wspanialej dziecięcej drezynie. Boże! on ma taki wspaniały wehikuł a ja w Brześciu kręcę się w kółko na  „aucie” z fortepianowego taboretu. Niestety, ku mojemu niezadowoleniu, nie udało mi się popróbować tej drezyny; matka delikatnie wyprosiła właścicielkę -  tłumacząc się zmęczeniem podróżą.

    
Na drugi dzień rano byłem z matką w lokalnej cukierni. Pamiętam bufet zastawiony  koronkowo lukrowanymi sękaczami, które były specjalnością kuchni kresowej.

    Ojciec zawsze zamawiał sękacz (zwany popularnie baumkuchenem) na Stół Wielkanocny w Kobryniu, gdzie cukiernicy specjalizowali się w ich wypieku.

   
Tego samego dnia pojechaliśmy koleją dalej; droga prowadziła przez zasypane śniegiem pola i lasy, pełne tropów zajęczych. W końcu dojechaliśmy do celu, czyli do stacji w Horodzkach.  Stamtąd do Wołożyna jechało się sankami ponad 20 kilometrów. Był ostry mróz i sanna była wspaniała. Ubrano nas w wielkie szuby z wilczego futra.

    
Mieszkanie u wujostwa było na terenie szpitala i co mnie napawało paniką – za oknem  mojego pokoju była o zgrozo! - kostnica szpitalna. Wuj Famiński był chirurgiem i gdy już mieszaliśmy w Krakowie, przyjeżdżał co roku na staż kliniczny. Podczas tych pobytów odbywały się niezapomniane spotkania; wuj niesłychanie barwnie i z ogromną swadą opowiadał o swym burzliwym i pełnym przygód życiu w Rosji. 

Był z pochodzenia moskwiczaninem i do Polski dostał się wraz z armią bolszewicką w latach dwudziestych. Był to pan bardzo przystojny, postawny, zamiłowany myśliwy i jak nadmieniłem urokliwy gawędziarz. Wujostwo posiadali samochód produkcji francuskiej i szofera, co na ówczesne czasy było nie lada luksusem. 

Zapamiętałem z opowiadań wuja jeden szczegół dotyczący jego praktyki lekarskiej. Otóż na Kresach w bezpośrednim sąsiedztwie sowieckiej granicy był zwyczaj, że lekarzowi płacono za wizyty złotymi  monetami carskimi, tzw. złotymi rublówkami. 

W trakcie naszego pobytu u wujostwa mojej mamie przytrafił się zabawny wypadek. Do Stołu Wielkanocnego zasiadło kilkunastu proszonych gości. Matka nieco spóźniła się i podczas przeciskania się  do  zarezerwowanego dla niej miejsca, nagle straciła równowagę i aby ją ratować - gwałtownie oparła  rękę o stół. Ale pech chciał, że właśnie tam stał wielki tort. Myślałem, że skonam ze śmiechu. Naturalnie mama nie w pełni podzielała moje ubawienie.

Wspomnienia udostępnione 8 lutego 2012 roku.

Stanisław Karlik

Brak komentarzy: