(Wspomnienia Tadeusza Cackowskiego udostępnione przez Macieja Podstolskiego)
Na
drugi miesiąc wakacji, t.j. na miesiąc sierpień 1936 roku, wyjechałem
wraz z rodzicami i Turaiłowiczami do familii wujka Bolka, to jest do Fedusia Buraka - "bliskiego
kuzyna Bolka, który "był właścicielem średniej wielkości mająteczku "JASIOWO", położonego w
samym centrum puszczy Nalibockiej, około 20 km od samego miasteczka Naliboki.
Z Łodzi wyjechaliśmy o godzinie 6-ej rano, z dworca kolejowego
Łódż Kaliska, III-cią klasą międzynarodowego ekspressu relacjii: Paryż -
Berlin - Warszawa
- Stopce - Ngorełoje - Władywostok.
Pociąg składał
się z samych wagonów pulmanowskich i to prawie pustych. W naszym przedziale na przykład, była tylko jedna obca osoba, jak się póżniej okazało - student
polski uczący się na uniwersytecie w Sorbonie.
Pociąg
pokonywał trasę zgodnie z kolejowym rozkłdem jazdy. Mniej więcej w okolicach
Skierniewic wszyscy poczuli nagły głód i co
sie okazało ? Na stolik "wpłynął" kubełek po 5-cio kg. marmoladzie, ale obecnie pełen smakowitych serdelków od łódzkiego masaża -
Koteckiego, do tego znalazły sif chrupiące bułeczki z "pierwszej
łódzkiej mechanicznej piekarni W. Kopczyńskiego" posmarowane świeżutkim
masłem śmietankowym z firmy "Pomorzanka" oraz przepyszne konserwowe ogórki. Uczta była
lekko zakrapiana "Wyborową",
ale oczywiście tylko przez starszych.
Do śniadania zaproszono również
współtowarzysza podroży — studenta, który jak się okazało, nie jadł już przeszło dobrych trzydzieści
godzin z powodu braku pieniędzy. Do Warszawy towarzystwo dojechało w
różowych nastrojach, gdzie jednak pożegnał
nas już zapoznany w wagonie student.
Dalej podróż kontynuowaliśmy tylko w gronie naszej Familii -
upłynniając systematycznie zabrane z domu zapasy,
0 godzinie 18,00 - ej dotarliśmy wreszcie do Stołpców, położonych nad samą granicą Polski
z Z.S.R.R., gdzie natomiast leżała stacja kolejowa Nigorełoje.
Ze Stołpców wyjechaliśmy w dalszj drogę, jedynym kursującym autobusem żydowskim, do
odległego o 20 km., małego, 1,5 tysięcznego miasteczka, które nosiło
rosyjską nazwę - DEREWNIA. Autobus był niemiłosiernie przepełniony, ale dla
"panów dziedziców" nawet znalazły się miejsca siedzące. Skąd ten Żyd
wiedział, że jedziemy właśnie do majątku ?
Po półtoragodzinnej jeździe przerywanej niezliczoną ilością przystanków, dojechaliśmy - po
dwukrotnym uzupełnianiu wody w chłodnicy autobusu - do Derewni. Tu
czekała już na nas przysłana z Jasiowa, parokonna furmanka.
W czasie trwania całej naszej podróży panowała okropna
spiekota oraz poza tym po spożyciu dość obfitych, ale
sutych posiłków, wszyscy pożądali picia - więc przed dalsza drogą, chcąc ugasić pragnienie,
napiliśmy się sporej ilości piwa z browaru "PUPKI".
Piwo podano nam w jednolitrowych butelkach po wódce, których korki były
zabezpieczone przed fermentacją lub wystrzeleniem zwykłym drutem. Ten w
napój przypominał piwo tylko z nazwy. Płyn ten był w miarę mokry i zimny, pieniący się, zaś w smaku czuło się jedynie zapach chmielu.
W dalszą drogę, do odległego o 18 km.
Jasiowa, ruszyliśmy t. zw. starym "traktem napoleońskim", którego
nawierzchnie stanowiły bale drewniane, o kształcie okrągłym, ułożone bezpośrednio na
ziemi lub bagnie. Jazda po takiej nawierzchni sprawiała wrażenie jazdy po
tarce do prania. Po kilku kilometrach podróży - zaczęło działać niedofermentowane piwo "PUPKI", a które sferrnentowało się w naszych żołądkach, czego rezultatem stało się, że co chwila było: "panowie na prawo a panie na lewo".
Droga stawała się coraz bardziej
męcząca - tak z powodu działania "pupkowego piwa" jak i trzęsącego
"traktu napoleońskiego", wiodącego nas coraz dalej w głąb Puszczy Nalibockiej oraz późnej już pory dnia.
Wreszcie po 18 km., dotarliśmy do pięknej polany, na której, wśród starego
drzewostanu, położone były zabudowania gościnnego JASIOWA z oczekującym na nas
bardzo bogato zastawionym stołem.
W pobliżu jeziora Kromań w Puszczy Nalibockiej w 1927 r. Z lewej stoi Bolesław Trypućko. Siedzą Pozarzyccy skoligaceni z Sopoćkami. Po prawej narzeczeństwo: - leży "mój dziadek Stefan Podstolski i babcia Wanda z Sopoćków Podstolska" - leży pierwsza z prawej. Przy drzewie stoi Ćwirko - Godycki. Fotografia ze zbiorów Macieja Podstolskiego.
WIG 1:25 000, Warszawa 1938
Na ganku drewnianego dworku jasiowskiego
oczekiwali nas wujostwo Burakowie z synami Włodkiem i
Leszkiem, wujostwo Sopoćkowie z synem Januszem, Stach Pozarzycki no i oczywiście nestorka całego towarzystwa
ciotka Pozarzycka. Dla mnie, jak i dla rodziców, byli to
zupełnie nowi i nieznani nam ludzie, ale czułości powitania były tak
serdeczne, że wszystkie lody z miejsca zostały przełamane, a wszyscy poczuliśmy się jedną wspólną, wielką rodziną.
Po powitaniu zasiedliśmy całą połączona rodzinkę do kolacji,
ale właściwiej
będzie powiedzieć do "uczty kolacyjnej".
"JASIOWO" przyjęło nas gościną, której rozmiary
zostały przekroczone we wszystkich tradycyjnych o niej pojęciach. Na
powitalnym przyjęciu podawano do stołu specjały zarówno kuchni polskiej jak i kresowej, a mianowicie : "bliny i
kołduny - które po raz pierwszy konsumowałem, sarninę i dziczyznę na zimno -
pod rozmaitymi postaciami, suche litewskie kiełbasy i wędliny, rozmaite
sałatki i marynaty, a na ciepło "bażanty,
"bekasy i indyk pieczony z nadzieniem,. Natomiast na tak zwane fety podano przeróżne frykasy, torty i cuda słodkości przygotowane
w/g staropolskich przepisów kulinarnych, gdzie wszystko "brało się na kopy,
mendle i garnce. Uczta "była suto zakrapiana, ale oczywiście tylko w gronie dorosłych. Około godz.
23,00 -ej młodzież udała się na spoczynek do stodoły, spać na sianku, a dorośli "biesiadowali dalej.
Następnego dnia Włodek i Leszek
Burakowie oraz Janusz Sopoćko oprowadzili mnie po gospodarstwie i zapoznali z
naj/bliższym terenem majątku. Jak się okazało majątek "JASI OWO" położony był przy starym
trakcie Napoleona, na dużej polanie, znajdującej się w centrum
prastarej części Puszczy Nalibockiej. Otaczające polanę kompleksy leśne znajdowany
się w stanie dziewiczym - nieskalanym ludzką ręką. Od strony
wschodniej oddzielał polanę od puszczy strumyk "Białka" - o kryształowej , czystej i zawsze bardzo zimnej wodzie.
Dworek w Jasiowie "był tradycyjnym polskim, kresowym dworkiem wykonanym w czystej konstrukcji drewnianej, typu
wieńcowego, z beli modrzewiowych, oczywiście "bez tynkowania".
Pozostawienie dworku w stanie surowego drewna - wywoływało swego rodzaju atmosferę jakiejś dziewiczości przepełnionej przepięknym zapachem wiecznie schnącego modrzewiu.
Główne wejście do dworku
stanowił ganek z kolumienkami podtrzymującymi
"balkon" - taras, na który było wejście z jedynej facjatki, zamieszkiwanej
stale przez Stacha Pozarzyckiego.
Na parterze, z ganku wchodziło się do
przestronnego hallu skąd "były wejścia : do olbrzymiej jadalni - niczym sali balowej, do biura wujka Felusia Buraka, oraz do różnych pokoi
zamienionych obecnie na pokoje gościnne dla
poszczególnych przyjezdnych rodzin i do sypialni dla samych domowników".
Budynek samego dworku jasiowskiego był gospodarstwem
cioci Pozarzyckiej która tu grała pierwsze skrzypce i mimo podeszłego już wieku była wodzirejem całego
towarzystwa.
Zabudowa gospodarcza "'JASIOWA" była prawie
zupełnie wyizolowana od samego budynku dworskiego i stanowiła całość sama w sobie.
Obejście składało się z : olbrzymiej
wolnostojącej drewnianej o 3-ech wrotach stodoły z przyległą do niej wiatą na wozy i w zabudowie zwartej stojącej stajni - obory, chlewni i kurnika połączonego z tzw. drewutnią.
Poza tym na obejściu znajdował się wolnostojący budynek mieszkalny - "dwojak" dla dwóch rodzin
fornalskich, obsługujących całe jasiowskie gospodarstwa. Wszystkie budowle obejścia wykonane
były w pięknym kresowym stylu o konstrukcji drewnianej z sosny. Cała zabudowa obejścia ogrodzona była mocnym, wysokim parkanem - zabezpieczającym teren przed
ewentualnymi odwiedzinami wilków i lisów lub nawet dzików, co szczególnie zdarzało się i to dość często zimą.
Hiędzy zabudowa
dworska, a zabudowa gospodarska majatku-zanjdował się. warzywnik s
sadem owocowym z drzewami jabłoni, gruszek i różnych Śliw oraz kilka zagonów z agrestem, porzeczkami i malinami. Podobnie jak dwór był dcmena ciotki Pozarzyckiej, tak obejście gospodarcze, to jest t. zW. gumno i sad
wraz z całymi uprawami agrarnymi były domena ciotki Y/andy Burakowej.
Wujek Feluś Burak do spraw związanych z prowadzeniem majątku zupełnie się nie wtrącał,bowiem
prowadził biuro geodezyjne.
Pierwsze dni pobytu poświęciliśmy na wspólne zwiedzanie
okolic Jasiowa. 'Wyprawy te były zawsze
pilotowane przez kogoś z miejscowych w celu zabezpieczenia zwiedzających przed zbłądzeniem i
ewentualnym spotkaniem sie z dziką zwierzyną. Przeważnie stałym "naszym
cicero" - przewodnikiem był Fedek Burak, który zawsze swą powinność spełniał, będąc uzbrojonym w dubeltówkę lub sztucer -
na wypadek spotkania się z jakimś niepożądanym
zwierzakiem, tym bardziej, że nadleśniczy ostrzegał
o
krążącym niedźwiedziu w bliskiej Jasiowa okolicy.
Pierwsza z takich eskapad była jak jakiś czarodziejski
sen. Zwiedzana bowiem kraina podobna była raczej do świata nie z tej
ziemi - zupełnie niespotykanego i nieznanego na terenach centralnej Polski.
Natomiast napotykane po drodze tzw. płowe zwierzęta, jak np. :
sarny, koziołki czy też jelonki - specjalnie na widok człowieka nie reagowały. Zwiedzana
puszcza pełna była wykrotów po pniach powalonych drzew, gęstych - nie do przejścia krzewów i zarośili,
podmokłego terenu przechodzącego często w tzw. "rojsty", a
miejscami prawie ginącą wśród krzewów ścieżkę nagle oświetlała ukazująca się słoneczna polana - słowem w pełni okazana dziewiczość "KIOlEE".
Czuliśmy się: jak w krainie czarów, w świecie z bajki i snów. Jednocześnie ze spacerami i obserwacja dziwów jasiowskiej natury - zachęceni obfitością jej darów, rozpoczęliśmy zbiór jagód, pozimek, borówek, jeżyn no i dla znawców grzybów.
Polowania, jak wiadomo, są raczej domeną męska i tak też było w Jasiowie.
Częstotliwości jednak ich przeprowadzania była już regulowane przez ciotkę Pozarzycką, która twierdziła, że "Bóg po to stworzył wszelka zwierzynę, aby służyła lub przynosiła pożytek człowiekowi, a nie aby szła na zmarnowanie" - więc na polowaniu wolno było tylko w takim przypadku ustrzelić zwierzynę, gdy w domu było brak mięsa i domagała się w jego zaopatrzenie sama kuchnia.
Kiedyś zasadę tą złamał Leszek, po wielkiej awanturze, ciotka zarekwirowała mu aż na tydzień broń - dubeltówkę i koniec było z polowaniem, a błagania i protesty nic nie pomogły.
Obowiązki tzw.
"nadwornego" leśniczego w majątku "JASIOWO" pełnił dobrowolnie
niejaki pan Dzimidowicz. Był to człowiek, więcej niż średniego wzrostu, dość szczupły o bardzo żylastym ciele i nawet rzadko spotykanej sile.
Pan Dzimidowicz był synem, czy też wnukiem powstańca z roku 1986, no i oczywiście szlachcicem zagrodowym, który chyba nigdy praca w rolnictwie się nie skalał. Jedyną domeną jego była puszcza i polowanie na zwierza. Słowem był to myśliwy z zamiłowani który,
ale niestety, w celu utrzymania się uprawiał kłusownictwo w
lasach państwowych.
Strój pana Dzimidowicza był odpowiednikiem
stroju traperów z filmów z. "Dzikiego Zachodu", w którym to mógł zawsze
przebywać kilka dni w lesie, bez specjalnego uszczerbku dla zdrowia. Unikatem zaś, nie często spotykanym, to była broń myśliwska pana
Dzimidowicza. Była to dwururka, kapiszonówka, wykonana ze srebra i pamiętająca czasy
"powstania styczniowego".
Natomiast same lufy flinty, z powodu zbyt dużego i częstego użytkowania - cienkie niczym bibułki. Las przed naszym "nadwornym leśniczym" -
panem Dzimidowiczem nie miał swoich tajemnic, a wynikiem tego było, że wszystkie
polowania przeprowadzane przez "Jasiowo" były realizowane w
jego asyście, względnie w uzgodnieniu z jego osobą.
W
czasie jednych z księżycowych nocy wyszliśmy późnym wieczorem na polowanie,
w którym wzięli udział Włodek, Leszek, Janusz no i ja. Udaliśmy się na skraj
"Jasiowskiej Polany", gdzie znajdowało się poletko kartofli i ofsa - specjalnie zasdzone na przynętę do polowania na dziki. W centralnym
punkcie poletka leżała na ziemi podłużna skrzynia, wykonana z grubych sosnowych bali o kształcie niczym wóz bez kół. Wszyscy usadowiliśmy się wygodnie w skrzyni i zapadliśmy w cierpliwym oczekiwaniu na zwierza. Skrzynia miała nas chronić przed ewentualną
niespodziewaną szarżą dzika. Ponieważ oczekiwanie
znacznie wydłużało się, a miejsce zasadzki było ciepłe i wygodne, więc w rezultacie wszyscy pospaliśmy się, a dziki
sobie z tego skorzystały i skonsumowały prawie cały zagonik kartofli. Do domu powróciliśmy z minorowymi minami i z nosami
zwieszonymi na kwintę - tym bardziej, że ciotka Pozarzycka liczyła na zastrzyk świeżego dzikiego
mięsa. Sytuacja ta została naprawiona
już w najbliższych dniach.
Kilka dni póżnie j wziąłem już udział w polowaniu
na koziołka, ale tylko w towarzystwie Leszka. Zasadziliśmy się w ciągu dnia na
podmokłej skoszonej łączce. Nawet specjalnie długo nie czekaliśmy - jak z
zagajnika wyszła sporej tuszy sarenka, którą pierwszym strzałem położył Leszek, ratując honor klanu
myśli wych
w oczach kuchni jasiowskiej.
Jasiowo było miejscem, gdzie po raz pierwszy w
swym życiu brałem udział
w polowaniu na zwierza płowego i dziki. Nocna zasadzka na dzika
dała mi więcej strachu i emocji niż konkretnych efektów, których zresztą nigdy na swym
koncie nie odnotowałem. Natomiast polowanie na koziołka i sarny wywoływało we mnie
raczej niesmak i moralny "kociokwik", jaki chyba każdy normalny człowiek powinien
odczuwać przy zabijaniu bezbronnego i do tego dużo fizycznie słabszego
przeciwnika, jakim jest płowa
zwierzyna.
Wujostwo Burakowie, chcąc się pochwalić jakich to mają gości, obwozili
nas po prawie wszystkich bezpośrednich sąsiadujących z. Jasiowem majątkach, gdzie nas przyjmowano z pełną szacunku
kurtuazją i staropolską gościnnością przy suto oczywiście
zastawionych stołach. Odwiedziny nasze były raczej wizytami specjalnie nieawizowanymi i pomyśleć tylko, że po mniej więcej półgodzinnych konwenansowych i kurtuazyjnych wymianach zdafń proszono
nas na posiłek, gdzie stoły były
tak zastawione, jakby jego przygotowania trwały co najmniej kilka dni. Natomiast panutjąca serdeczna atmosfera, tak w czasie przyjęcia jak i samej biesiady - "była aż krępującą."
W końcowej fazie naszego pobytu u wujostwa
Buraków w Jasiowie, tj. już po ukończeniu żniw, odbyliśmy z całym
towarzystwem, przepiękna wycieczkę nad jezioro Kromań, odległe od samego Jasiowa o około dobrych
trzech godzin jazdy furmanką. Trasa wiodła przez łąki, puszczańskie knieje i bagna. Był to szlak dziki i zarazem bardzo ciężki do przebycia, który miejscami
stwarzał wprost niesamowite wrażenie - podobne do jakiegoś tajemniczego
uroczyska i dopiero przybycie na miejsce zostało wynagrodzone przez urokliwy widok
samego jeziora Kromań. Kromań przez
swe bezludzie i dzikość otoczenia oraz niepowtarzalna barwę wody robiła wrażenie
zaczarowanej krainy. Czas nad jeziorem spędzaliśmy na kąpieli, pływaniu po jeziorze łodzią, no i na spożywaniu wiktuałów przygotowanych przez kuchnię jasiowską. Z uwagi na na ciężką drogę - powrót nastąpił we wczesnych
godzinach popołudniowych.
Drogę powrotną odbyliśmy już nieco inną trasą - mianowicie
przez wieś Dębica, leżącą około 8 km. od majątku "Jasiowo", w kierunku na Stołpce. Dębica, była wsią, zamieszkałą przez ludnośó polską, pochodzącą ze szlachty
zaściankowej, której przodkowie brali czynny udział w polskich
powstaniach wyzwoleniowych oraz w walkach z
krwawym rosyjskim caratem, Natomiast obecne pokolenie wsi Dębica - mocno
wykrwawiło się w ostatniej wojnie w 1920 r. z hordami najeźdźcy
bolszewickiego. Z konfrontacji tej pozostał w społeczeństwie Dębicy
odpowiednio ugruntowany stosunek do wschodnich idei. Dowodem powyższego był widok samej Dębicy, która przedstawiała sobą widok wsi wyjątkowo czystej i
schludnej, a nawet można powie dzieć , że zamożnej. Widok ten
może świadczyć, że w Dębicy wyzwoliły się odpowiednie inicjatywy społeczne i ekonomiczne o podłożu wiejskim, dążące do poprawy swego jutra, a tym samym systematycznie wzmacniając potencjał gospodarczy
Państwa Polskiego, który miał się przeciwstawić ewentualnym
przyszłościowym agresorom tak ze wschodu jak i z zachodu. Na tym
terenie zaś jedynym przeciwnikiem mógł być tylko napastnik ze wschodu...
Niestety co piękne musi się szybko skończyć więc i gościna w Jasiowie
też dobiegła do końca i w
ostatnich dniach sierpnia powróciliśmy do Łodzi. W czasie powrotnej drogi mama
autorytatywnie stwierdziła, że w Jasiowie, w ciągu 30 - stu dniowego pobytu - zwykłe ziemniaki za każdym razem
"były podawane do stołu pod inna postacią" - rekord absolutny. Poza tym wszyscy
jednomyślnie stwierdzili, że takiej gościnności chyba już nigdy i nigdzie nie spotkamy, a szkoda.
Tadeusz Cackowski
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz