niedziela, 19 kwietnia 2020

Jasiowo w Puszczy Nalibockiej

(Wspomnienia Tadeusza Cackowskiego udostępnione przez Macieja Podstolskiego)

Na drugi miesiąc wakacji, t.j.  na miesiąc sierpień 1936 roku, wyjecha­łem wraz z rodzicami i Turaiłowiczami do familii wujka Bolka,  to jest do Fedusia Buraka - "bliskiego kuzyna Bolka, który "był właścicielem średniej wielkości mająteczku   "JASIOWO", położonego w samym centrum puszczy Nalibockiej, około 20 km od samego miasteczka Naliboki.

Z Łodzi wyjechaliśmy o godzinie 6-ej rano, z dworca kolejowego Łódż  Kaliska, III-cią klasą międzynarodowego ekspressu relacjii: Paryż - Berlin - Warszawa - Stopce - Ngorełoje - Władywostok. 

Pociąg składał się z samych wagonów pulmanowskich i to prawie pustych. W naszym przedziale na przykład, była tylko jedna obca osoba, jak się póżniej okazało - student polski uczący się na uniwersy­tecie w Sorbonie.

Pociąg pokonywał trasę zgodnie z kolejowym rozkłdem jazdy. Mniej więcej w okolicach Skierniewic wszyscy poczuli nagły głód i co sie okazało ?  Na stolik "wpłynął" kubełek po 5-cio kg. marmoladzie, ale obecnie pełen smakowitych ser­delków od łódzkiego masaża - Koteckiego, do tego znalazły sif chrupiące bułeczki  z "pierwszej łódzkiej mechanicznej piekarni W. Kopczyńskiego" posmarowane świeżutkim masłem śmietankowym z firmy "Pomorzanka"  oraz przepyszne konserwowe ogór­ki. Uczta była lekko zakrapiana "Wyborową",  ale oczywiście tylko przez starszych. 

Do śniadania zaproszono również współtowarzysza podroży — studenta, który jak się okazało,   nie jadł już przeszło dobrych trzydzieści godzin z powodu braku pieniędzy. Do Warszawy  towarzystwo dojechało w różowych nastrojach,  gdzie jednak poże­gnał nas już zapoznany w wagonie student.  Dalej podróż kontynuowaliśmy tylko w gronie naszej Familii - upłynniając systematycznie zabrane z domu zapasy,

0 godzinie 18,00 - ej dotarliśmy wreszcie do Stołpców, położonych nad samą granicą Polski z Z.S.R.R., gdzie natomiast leżała stacja kolejowa Nigorełoje.

Ze Stołpców wyjechaliśmy w dalszj drogę,  jedynym kursującym autobusem żydowskim, do odległego o 20 km., małego, 1,5  tysięcznego miasteczka, które nosiło rosyjską nazwę - DEREWNIA.  Autobus był niemiłosiernie przepełniony, ale dla "panów dziedziców" nawet znalazły się miejsca siedzące. Skąd ten Żyd wiedział, że jedziemy właśnie do majątku ?  

Po półtoragodzinnej   jeździe    przerywanej niezliczoną  ilością przystanków, dojechaliśmy - po dwukrotnym uzupełnianiu wody w chłodnicy autobusu  - do Derewni.  Tu czekała już na nas  przysłana z Jasiowa, parokonna furmanka.

W czasie trwania całej naszej podróży panowała okropna spiekota oraz po­za tym po spożyciu dość obfitych, ale sutych posiłków, wszyscy pożądali picia -  więc przed dalsza drogą, chcąc ugasić pragnienie, napiliśmy się sporej ilości piwa z browaru "PUPKI". 

Piwo podano nam w jednolitrowych butelkach po wódce, których korki były zabezpieczone przed fermentacją lub wystrzeleniem  zwykłym drutem. Ten w napój przypominał piwo tylko z nazwy.  Płyn ten był w miarę mokry i zi­mny, pieniący się, zaś w smaku czuło się jedynie zapach chmielu.

W dalszą drogę, do odległego o 18 km. Jasiowa, ruszyliśmy t. zw. starym "traktem napoleońskim", którego nawierzchnie stanowiły bale drewniane, o kształcie okrągłym, ułożone bezpośrednio na ziemi lub bagnie. Jazda po takiej nawierzchni sprawiała  wrażenie jazdy po tarce do prania. Po kilku kilometrach podróży - zaczę­ło działać niedofermentowane piwo "PUPKI", a które  sferrnentowało się w naszych żołądkach, czego rezultatem stało się, że co chwila było: "panowie na prawo a panie na lewo". 

Droga stawała się coraz bardziej męcząca - tak z powodu działania "pupkowego piwa" jak i trzęsącego "traktu napoleońskiego", wiodącego nas coraz dalej w głąb Puszczy Nalibockiej oraz późnej już pory dnia. Wreszcie po 18 km., dotarliś­my  do pięknej polany, na której, wśród starego drzewostanu, położone były zabudo­wania gościnnego JASIOWA  z oczekującym na nas bardzo bogato zastawionym stołem.



W pobliżu jeziora Kromań w Puszczy Nalibockiej w 1927 r.  Z lewej stoi Bolesław Trypućko. Siedzą Pozarzyccy skoligaceni z Sopoćkami. Po prawej narzeczeństwo: - leży "mój dziadek Stefan Podstolski i babcia  Wanda z Sopoćków Podstolska" - leży pierwsza z prawej. Przy drzewie stoi Ćwirko - Godycki. Fotografia ze zbiorów Macieja Podstolskiego.


WIG 1:25 000, Warszawa 1938


Na ganku drewnianego dworku jasiowskiego oczekiwali nas  wujostwo Burakowie z synami Włodkiem i Leszkiem, wujostwo Sopoćkowie z synem Januszem, Stach Pozarzycki no i oczywiście nestorka całego towarzystwa ciotka Pozarzycka.  Dla mnie, jak i dla rodziców,  byli to zupełnie nowi i nieznani nam ludzie, ale czułości powitania były tak serdeczne, że wszystkie lody z miejsca zostały przełama­ne, a wszyscy poczuliśmy się jedną wspólną, wielką rodziną.

Po powitaniu zasiedliśmy całą połączona rodzinkę  do kolacji, ale właści­wiej będzie powiedzieć do  "uczty kolacyjnej".

"JASIOWO" przyjęło nas gościną, której rozmiary zostały przekroczone we wszystkich tradycyjnych o niej pojęciach. Na powitalnym przyjęciu  podawano do stołu specjały zarówno kuchni polskiej jak i kresowej, a mianowicie : "bliny i kołduny - które po raz pierwszy konsumowałem, sarninę i dziczyznę na zimno - pod rozmaitymi postaciami, suche litewskie kiełbasy i wędliny, rozmaite sałatki i ma­rynaty, a na ciepło "bażanty, "bekasy i indyk pieczony z nadzieniem,. Natomiast na tak zwane fety podano przeróżne frykasy, torty i cuda słodkości przygotowane w/g staropolskich przepisów kulinarnych, gdzie wszystko "brało się na kopy, mendle i garnce. Uczta "była suto zakrapiana, ale oczywiście tylko w gronie dorosłych. Oko­ło godz. 23,00 -ej młodzież udała się na spoczynek do stodoły, spać na sianku, a do­rośli "biesiadowali dalej.

Następnego dnia Włodek i Leszek Burakowie oraz Janusz Sopoćko oprowadzi­li mnie po gospodarstwie i zapoznali z naj/bliższym terenem majątku. Jak się okazało majątek "JASI OWO" położony był przy starym trakcie Napoleona, na dużej polanie, znajdującej się w centrum prastarej części Puszczy Nalibockiej. Otaczające polanę kompleksy leśne znajdowany się w stanie dziewiczym - nieskalanym ludzką  ręką.  Od strony wschodniej oddzielał polanę od puszczy strumyk "Białka" - o krysz­tałowej , czystej i zawsze bardzo zimnej wodzie.

Dworek w Jasiowie "był tradycyjnym polskim, kresowym dworkiem  wykonanym w czystej konstrukcji drewnianej, typu wieńcowego, z beli modrzewiowych, oczywiście "bez tynkowania". Pozostawienie dworku w stanie surowego drewna - wywoływało swego rodzaju atmosferę jakiejś dziewiczości przepełnionej  przepięknym zapachem wiecznie schnącego modrzewiu. 

Główne wejście do dworku stanowił ganek z kolumien­kami podtrzymującymi "balkon" - taras, na który było wejście z jedynej facjatki, za­mieszkiwanej stale przez Stacha Pozarzyckiego. 

Na parterze, z ganku wchodziło się do przestronnego hallu skąd "były wejścia : do olbrzymiej jadalni - niczym sali ba­lowej, do biura wujka Felusia Buraka, oraz do różnych pokoi zamienionych obecnie na pokoje gościnne dla poszczególnych przyjezdnych rodzin i do sypialni dla samych domowników". 

Budynek samego dworku jasiowskiego był gospodarstwem cioci Pozarzyckiej która tu grała pierwsze skrzypce i mimo podeszłego już wieku była wodzirejem całe­go towarzystwa.

Zabudowa gospodarcza "'JASIOWA" była prawie zupełnie wyizolowana od sa­mego budynku dworskiego i stanowiła całość sama w sobie. Obejście składało się z : olbrzymiej wolnostojącej drewnianej o 3-ech wrotach stodoły z przyległą do niej wiatą na wozy i w zabudowie zwartej stojącej stajni - obory, chlewni i kurnika po­łączonego z tzw. drewutnią. 

Poza tym na obejściu znajdował się wolnostojący budynek mieszkalny - "dwojak" dla dwóch rodzin fornalskich, obsługujących całe jasiowskie gospodarstwa. Wszystkie budowle obejścia wykonane były w pięknym kreso­wym stylu o konstrukcji drewnianej z sosny. Cała zabudowa obejścia ogrodzona była mocnym, wysokim parkanem - zabezpieczającym teren przed ewentualnymi odwiedzinami wilków i lisów lub nawet dzików, co szczególnie zdarzało się i to dość często zimą.

Hiędzy zabudowa dworska, a zabudowa gospodarska majatku-zanjdował się. warzywnik s sadem owocowym z drzewami jabłoni, gruszek i różnych Śliw oraz kilka zagonów z agrestem, porzeczkami i malinami. Podobnie jak dwór był dcmena ciotki Pozarzyckiej, tak obejście gospodarcze, to jest t. zW.   gumno i sad wraz z całymi uprawami agrarnymi były domena ciotki Y/andy Burakowej. Wujek Feluś Burak do spraw związanych z prowadzeniem majątku zupełnie się nie wtrącał,bowiem prowadził biuro geodezyjne.

Pierwsze dni pobytu poświęciliśmy na wspólne zwiedzanie okolic Jasiowa. 'Wyprawy te były zawsze pilotowane przez kogoś z miejscowych w celu zabezpieczenia zwiedzających przed zbłądzeniem i ewentualnym spotkaniem sie z dziką zwierzyną. Przeważnie stałym "naszym cicero" - przewodnikiem był  Fedek Burak, który zawsze swą powinność spełniał, będąc uzbrojonym w dubeltówkę lub sztucer - na wypadek spotka­nia się z jakimś niepożądanym zwierzakiem,  tym bardziej, że nadleśniczy ostrzegał o krążącym niedźwiedziu w bliskiej Jasiowa okolicy.

Pierwsza z takich eskapad była jak jakiś czarodziejski sen. Zwiedzana bo­wiem kraina podobna była raczej do świata nie z tej ziemi - zupełnie niespotyka­nego i nieznanego na terenach centralnej Polski. Natomiast napotykane po drodze tzw.  płowe zwierzęta, jak np. : sarny, koziołki czy też jelonki - specjalnie na widok człowieka nie reagowały. Zwiedzana puszcza pełna była wykrotów po pniach powalonych drzew, gęstych - nie do przejścia krzewów i zarośili, podmokłego terenu przechodzącego często w tzw. "rojsty",  a miejscami prawie ginącą wśród krzewów ścieżkę nagle oświetlała ukazująca się słoneczna polana - słowem w pełni okazana dziewiczość "KIOlEE". Czuliśmy się: jak w krainie czarów, w świecie z bajki i snów. Jednocześnie ze spacerami i obserwacja dziwów jasiowskiej natury - zachęceni obfitością jej darów, rozpoczęliśmy zbiór jagód, pozimek, borówek, jeżyn no i dla znawców grzybów.

Polowania, jak wiadomo, są raczej domeną męska i tak też było w Jasiowie. Częstotliwości jednak ich przeprowadzania była już regulowane przez ciotkę Pozarzycką,  która twierdziła, że "Bóg po to stworzył wszelka zwierzynę, aby służyła lub przynosiła pożytek człowiekowi, a nie aby szła na zmarnowanie" - więc na polo­waniu wolno było tylko w takim przypadku ustrzelić zwierzynę, gdy w domu było brak mięsa i domagała się  w jego zaopatrzenie  sama kuchnia. Kiedyś zasadę tą złamał Leszek, po wielkiej awanturze, ciotka zarekwirowała mu aż na tydzień broń - dubel­tówkę i koniec było z polowaniem, a błagania i protesty nic nie pomogły.

Obowiązki tzw. "nadwornego" leśniczego w majątku "JASIOWO" pełnił do­browolnie niejaki pan Dzimidowicz. Był to człowiek, więcej niż  średniego wzrostu, dość szczupły o bardzo żylastym ciele i nawet rzadko spotykanej sile. 

Pan Dzimidowicz był synem, czy też wnukiem powstańca z roku 1986, no i oczywiście szlachcicem zagrodowym, który chyba nigdy praca w rolnictwie się nie skalał.  Jedyną domeną je­go była puszcza i polowanie na zwierza. Słowem był to myśliwy z  zamiłowani  który, ale niestety, w celu utrzymania się uprawiał kłusownictwo w lasach państwowych. 

Strój pana Dzimidowicza był odpowiednikiem stroju traperów z filmów z. "Dzikiego Zachodu", w którym to mógł zawsze przebywać kilka dni w lesie, bez specjalnego usz­czerbku dla zdrowia. Unikatem zaś, nie często spotykanym, to była broń myśliwska pana Dzimidowicza. Była to dwururka, kapiszonówka, wykonana ze srebra i pamiętają­ca czasy "powstania styczniowego". 

Natomiast same lufy flinty, z powodu zbyt duże­go  i częstego użytkowania - cienkie niczym bibułki. Las przed naszym "nadwornym le­śniczym" - panem Dzimidowiczem nie miał swoich tajemnic, a wynikiem tego było, że wszystkie polowania przeprowadzane przez "Jasiowo" były realizowane w jego asyście, względnie w uzgodnieniu z jego osobą.

W czasie jednych z księżycowych nocy wyszliśmy późnym wieczorem na polowanie, w którym wzięli udział Włodek, Leszek, Janusz no i ja. Udaliśmy się na skraj "Jasiowskiej Polany", gdzie znajdowało się poletko kartofli i ofsa - spec­jalnie zasdzone na przynętę do polowania na dziki. W centralnym punkcie poletka leżała na ziemi podłużna skrzynia, wykonana z grubych sosnowych bali  o kształcie niczym wóz bez kół. Wszyscy usadowiliśmy się wygodnie w skrzyni i zapadliśmy w cierpliwym oczekiwaniu na zwierza.  Skrzynia miała nas chronić przed ewentualną niespodziewaną szarżą dzika. Ponieważ oczekiwanie znacznie wydłużało się, a miej­sce zasadzki było ciepłe i wygodne, więc w rezultacie wszyscy pospaliśmy się, a dziki sobie z tego skorzystały i skonsumowały prawie cały zagonik kartofli. Do domu powróciliśmy z minorowymi minami i z nosami zwieszonymi na kwintę - tym bar­dziej, że ciotka Pozarzycka liczyła na zastrzyk świeżego dzikiego mięsa. Sytuacja ta została naprawiona już w najbliższych dniach.

Kilka dni póżnie j wziąłem już udział w polowaniu na koziołka, ale tyl­ko w towarzystwie Leszka. Zasadziliśmy się w ciągu dnia na podmokłej skoszonej łączce. Nawet specjalnie długo nie czekaliśmy - jak z zagajnika wyszła sporej tu­szy sarenka, którą pierwszym strzałem położył Leszek, ratując honor klanu myśli wych w oczach kuchni jasiowskiej.

Jasiowo było miejscem, gdzie po raz pierwszy w swym życiu  brałem udział w polowaniu na zwierza płowego i dziki. Nocna zasadzka na dzika dała mi więcej strachu i emocji niż konkretnych efektów, których zresztą nigdy na swym koncie nie odnotowałem. Natomiast polowanie na koziołka i sarny wywoływało we mnie raczej niesmak i moralny "kociokwik", jaki chyba każdy normalny człowiek powinien odczu­wać przy zabijaniu bezbronnego i do tego dużo fizycznie słabszego przeciwnika, ja­kim jest płowa zwierzyna.

Wujostwo Burakowie, chcąc się pochwalić  jakich to mają gości, obwozi­li nas po prawie wszystkich bezpośrednich sąsiadujących z. Jasiowem   majątkach, gdzie nas przyjmowano z pełną szacunku kurtuazją i staropolską gościnnością przy suto oczywiście zastawionych stołach. Odwiedziny nasze były raczej wizytami specjalnie nieawizowanymi i pomyśleć tylko, że po mniej więcej półgodzinnych konwenansowych i kurtuazyjnych wymianach zdafń  proszono nas na posiłek, gdzie stoły były tak zastawione, jakby jego przygotowania trwały co najmniej kilka dni. Natomiast panutjąca serdeczna atmosfera, tak w czasie przyjęcia jak i samej biesiady - "była aż krępującą."

W końcowej fazie naszego pobytu u wujostwa Buraków w Jasiowie, tj. już po ukończeniu żniw, odbyliśmy z całym towarzystwem, przepiękna wycieczkę nad jezioro Kromań, odległe od samego Jasiowa o około dobrych trzech godzin jazdy fur­manką. Trasa wiodła przez łąki, puszczańskie knieje i bagna. Był to szlak dziki i zarazem  bardzo ciężki do przebycia, który miejscami stwarzał wprost niesamowite wrażenie - podobne do jakiegoś tajemniczego uroczyska i dopiero przybycie na miej­sce zostało wynagrodzone przez urokliwy widok samego jeziora Kromań.  Kromań  przez swe bezludzie i dzikość otoczenia oraz niepowtarzalna barwę wody robiła wra­żenie zaczarowanej krainy. Czas nad jeziorem spędzaliśmy na kąpieli, pływaniu po jeziorze łodzią, no i na spożywaniu wiktuałów przygotowanych przez kuchnię jasiowską. Z uwagi na na ciężką drogę - powrót nastąpił we wczesnych godzinach popołudniowych.

Drogę powrotną odbyliśmy już nieco inną trasą - mianowicie przez wieś Dębica, leżącą około 8  km. od majątku "Jasiowo", w kierunku na Stołpce. Dębica, była wsią, zamieszkałą przez ludnośó polską, pochodzącą ze szlachty zaściankowej, której przodkowie brali czynny udział w polskich powstaniach wyzwoleniowych oraz w walkach z krwawym rosyjskim caratem, Natomiast obecne pokolenie wsi Dębica - mo­cno wykrwawiło się w ostatniej wojnie w 1920 r. z hordami najeźdźcy bolszewickie­go. Z konfrontacji tej pozostał w społeczeństwie Dębicy odpowiednio ugruntowany stosunek do wschodnich idei. Dowodem powyższego był widok samej Dębicy, która przedstawiała sobą widok wsi wyjątkowo czystej i schludnej, a nawet można powie dzieć , że zamożnej. Widok ten może świadczyć, że w Dębicy wyzwoliły się odpowiednie inicjatywy społeczne i ekonomiczne o podłożu wiejskim, dążące do poprawy swego jutra, a tym samym systematycznie wzmacniając potencjał gospodarczy Państwa Polskiego, który miał się przeciwstawić ewentualnym przyszłościowym agresorom tak ze wschodu jak i z zachodu. Na tym terenie zaś jedynym przeciwnikiem mógł być tyl­ko napastnik ze wschodu...

Niestety co piękne musi się szybko skończyć więc i gościna w Jasiowie


też dobiegła do końca i w ostatnich dniach sierpnia powróciliśmy do Łodzi. W cza­sie powrotnej drogi  mama autorytatywnie stwierdziła, że w Jasiowie, w ciągu 30 - stu dniowego pobytu  - zwykłe ziemniaki za każdym razem "były podawane do stołu pod inna postacią" - rekord absolutny. Poza tym wszyscy jednomyślnie stwierdzili, że takiej gościnności chyba już nigdy i nigdzie nie spotkamy, a szkoda.

Tadeusz Cackowski

Brak komentarzy: