niedziela, 27 sierpnia 2017

Praca przymusowa Naliboczan w III Rzeszy Niemieckiej (1943-45)

     

24 lipca 2012


Relacja z rozmowy z Naliboczanką, Panią Marią Chilicką, z 27.01.2010 r.


Naliboczanie w Niemczech – 1945 r. Od lewej: Jan Adamcewicz, Felicja, Maria, wujek „Wacia”, Józef , jego żona Urszula, Józef Adamcewicz, Michał Adamcewicz, Serafin – mąż Marysi. Siedzą: Maria , Michał, Czesiu, Marysia. Prawa zastrzeżone.

W sierpniu 1943 r. Niemcy spacyfikowli i spalili nasze miasteczko .

Mieszkańców załadowali do wagonów towarowych na stacji kolejowej w Stołpcach nad Niemnem i przewieźli do Białegostoku. Przeprowadzili tam swego rodzaju „badania lekarskie” – badania płuc, dezynfekcję oraz porobili zdjęcia, jak mówili – do dowodów osobistych.

Mnie z siostrą Józią odłączyli od rodziny.  Ojca Józefa l. 52, mamę Olimpię l.48, siostry: Józię l.13 i Janinę l.10 oraz braci Wincentego l.8 i Stanisława l.6 pozostawili na miejscu. W obozie pracy przymusowej w Białymstoku rodzina przebywała cztery miesiące.

Ojca zatrudnili w młynie, a mamę i rodzeństwo przy pracach polowych. Późną jesienią pozwolili wrócić do spalonego miasteczka.

Siostra Józia chciała zostać z rodzicami i dlatego zastąpiła ją siostra Jadzia, z którą pojechałam na roboty przymusowe do Rzeszy Niemieckiej. Niemcy nie zorientowali się w zamianie.

Jechaliśmy z rodziną wujka Wacława Grygorcewicza „Wacia”, z jego żoną Urszulą i z dziećmi – z córkami Janiną i Marysią oraz synkiem Czesiem. Jechały z nami ciocia Faustyna – najstarsza siostra mamy oraz ciocie Felicja i Helena, a także mój rówieśnik Arkadiusz .

Po dojechaniu do miasta Cottbus, przez przywieźli nas do Dortmundu. Tam odbyła się „druga selekcja”, badania lekarskie i dezynfekcja. Poszczególne rodziny kierowali do różnych miejscowości i do różnych zajęć. Jednych do przemysłu a innych do rolnictwa. Nas skierowali do pracy w przemyśle, do miejscowości Badenhausen w Westfalii.

Znaleźliśmy się wśród jeńców wojennych i przymusowych robotników z różnych krajów. Byliśmy w jednym obozie z Rosjanami i Ukraińcami. Rosjan było najwięcej – co najmniej kilka lub kilkanaście baraków. Polacy i Ukraińcy zajmowali po jednym baraku. Włosi, Holendrzy, Belgowie mieszkali w miasteczku. Rosjanie nosili plakietkę z napisem „OST”, a my z literą „P”.

Pewnego razu, kiedy była otwarta brama obozu, Niemcy zastrzelili Rosjanina, który wyszedł na zewnątrz i na polu chciał nazbierać ziemniaków. Mówiłam po rosyjsku i miałam dobre relacje z Rosjanami. Kiedyś jeden z nadzorujących nas Niemców dziwił się, że noszę literę „P” i rozmawiam z Rosjanami.


Naliboczanie na przymusowych robotach w III Rzeszy w 1943 r. Janina, Faustyna, Felicja, Maria Chilicka, Helena, Jadwiga, Urszula – trzyma Czesia, wujek „Wacia” – trzyma Marysię. Prawa zastrzeżone

Pracowaliśmy w fabryce Weserhutta przy produkcji dział przeciwlotniczych i czołgów. Najpierw pracowałam na ślusarni – oczyszczałam części metalowe, później byłam suwnicową i obsługiwałam windę. Pracowałam przeważnie w nocy. W czasie pracy zachorowałam na jaskrę.

Dla zachowania w tajemnicy prawdziwej produkcji w fabryce Niemcy informowali, że produkują maszyny do kopania i pogłębiania rowów.

Siostra Jadzia pracowała na innym dziale, na szlifierce, przy produkcji pocisków. Udało się jej uciec i dojechać do , chciała dotrzeć do syna, który był w przymusowym obozie pracy w Linzu. Niemcy złapali ją i przez rok przetrzymywali w więzieniu w .

W holu prowadzącym do fabrycznej hali Niemcy zawiesili na ścianie duży czarno-biały plakat. Na tle narysowanego lasu leżeli zabici niemieccy żołnierze Wehrmachtu. Napis głosił: „Banditen – Naliboki!”

Żywiono nas w stołówce, która znajdowała się na terenie fabryki. Jadaliśmy przeważnie zupy – lury z brukwi, ognichy i szpinaku. Raz na Wielkanoc zupa była z buraczkami i ziemniakami. Do zupy dawali po kromce chleba z margaryną. Na kolację zawsze dawali zupę, a w baraku – kromkę chleba z margaryną, która miała być na śniadanie i którą każdy od razu zjadał.

Śniadań nie było – do pracy chodziliśmy głodni. W obozie nie wolno było posiadać noży ani innych ostrych narzędzi. Niemcy zgodzili się, aby ciocia Urszula mogła karmić w godzinach pracy swojego synka Czesia, który przebywał w obozowym baraku.

Na przełomie 1944/45 roku samoloty alianckie często bombardowały obóz. Zginęło wielu przymusowych robotników – najwięcej Rosjan i Polaków. Wszystkich wrzucono do ogromnego dołu i anonimowo zakopano. Niemcy nie postawili tam krzyża, nawet dzisiaj mogłabym wskazać to miejsce.

Wiele bomb zapalających nie wybuchało. Musieliśmy wszystkie zbierać do koszy i wrzucać do jeziorka.

W czasie nalotów, ale w innym obozie pracy, zginęła siostra mojego ojca Olimpia Orciuch.

Niemcy aresztowali wujka „Wacię” i wywieźli do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. W Nalibokach wujek należał do AK i dlatego Niemcy prowadzili śledztwo, które miało im odpowiedzieć na pytanie, kto zabijał niemieckich żołnierzy w Puszczy Nalibockiej?

W podobnej sytuacji było wielu młodych Naliboczan, których wywieziono na roboty przymusowe.

Autor książki „Żywe echa” Wacław był w takiej samej sytuacji i na stronie 232 napisał o „Waci”.

Wyzwolili nas żołnierze amerykańscy, którzy przewieźli wszystkich robotników przymusowych w rejon przygraniczny z Holandią. Zamieszkaliśmy w wiosce Frasel, którą z amerykańskiego rozkazu Niemcy musieli opuścić. Inni jeńcy zamieszkali w wioskach Sornik i Prest w rejonie miasta Wesel.

Już po wojnie w Osnabruck siostra Jadzia wyszła za mąż za Polaka – spadochroniarza z Anglii, ja wróciłam do Polski, a długo oczekiwany przez rodzinę wujek „Wacia” pojechał do Australii.

Na przymusowych robotach niewolniczych w III Rzeszy Niemieckiej przebywaliśmy 20 miesięcy.

Nie mogliśmy wrócić do naszego rodzinnego miasteczka Naliboki i do Puszczy Nalibockiej, pozostała pamięć!

Dziękuje Mariuszowi Łojko, za "ocalenie artykułu"! 

Stanisław Karlik

Brak komentarzy: