(wspomnienia Janusza Sopoćko udostępnione przez Macieja Podstolskiego)
WIG - Warszawa 1938. Igrek mapy
WIG - Warszawa 1938. Igrek mapy
Między I-ą, a II-gą wojną światową, na rubieżach Polski nieopodal granicy ze Związkiem
Radzieckim - 40 km od miasta Stołpce, 6 km od miasteczka Derewno, 2 km
od białoruskiej wsi Bielica, -leżał majątek Jasiowo.
Jego obszar to ok. 200 ha
ziemi ornej, łąk i zagajników z trzech stron otoczony wielowiekowymi lasami starodrzewia puszczy Nalibockiej, pełnych spróchniałych wykrotów, gęstego poszycia
i grubej zwierzyny.
Tu, spotkany człowiek mógł być tylko myśliwym od Jaśnie Państwa lub kłusownikiem z odległych wsi.
Skrajem
lasu płynęła rzeczka Biełuszka z krystalicznie czystą wodą nawet w upalne lato tak zimną, że kąpiel w niej miała znamiona bohaterstwa. W nadbrzeżnych konarach drzew - raki i miętusy. W lasach sarny i jelenie. Na łąkach zające, cietrzewie, kuropatwy, głuszce, no i gdzieś tam wilki i
lisy,
W
zakątkach łąk na skraju lasu zasiany hektar owsa jako przynęta dla
przeznaczonych do odstrzału dzików. Myśliwi zasadzali się tu na specjalnych balkonikach, budowanych w
tym celu w konarach sąsiadujących drzew.
Dzikie
kaczki na dwóch stawach hodowlanych, z których jeden z karpiami i linami, a drugi z karasiami i szczupakami. Wszystko to odłowione i odstrzelone - podawane było na stół wg przepisów
staropolskiej kuchni które zaczynały się od słynnych "weź kopę jaj...."
Dziedziczka
"Starsza Pani" - Maria Pozarzycka, a dla nas Babcia, żona nie żyjącego już Jana, którego ten majątek był ponoć ostatnim z
nieprzegranych w karty.
Najstarsza
córka Wanda Burak z mężem Felicjanem zamieszkiwali tu na stałe. Dwaj synowie Włodzimierz i
Leszek pobierali nauki w centralnej Polsce. Felicjan, -
patryjarcha rodziny, z zawodu inż. mierniczy
przysięgły, prowadził kancelarię geodezyjną. Kolejni członkowie rodziny to: córka Janina
Sopoćko z synem Januszem i mężem Stefanem oficerem W.P., syn Dydag - lekarz zamieszkały na Wileńszczyźnie i syn
Stanisław studiujący w Warszawie w ekskluzywnej szkole Politechnicznej im. H. Wawelberga.
Ta część rodziny była mieszkańcami Jasiowa jedynie w okresie lata i wakacji.
Centrum majątku to staropolski dworek z obszernym wielopokojowym masywnym
drewnianym domem i tradycyjnym podjazdem dla powozów wokół klombu kwiatów. Fronton
domu zdobił ganek wsparty na dwóch murowanych kolumnach, i balkon w formie tarasu dla 2 pokoi górnej kondygnacji.
Frontowe
wejście prowadziło do okazałego holu ozdobionego rogami jeleni, koziołków, skór dzików i akcesorii
myśliwskich. Na prawo, duży salon z ciężkimi meblami,
pod oknami drewniane wazony, a w nich oleandry i fikusy sięgające pułapu sufitu z
poprzecznymi prostokątnymi belkami wzmacniającymi
konstrukcję stropu. Na ścianach i podłodze tak jak w holu, - rogi, skóry, szable dzików i wypchane
dzikie ptactwo. Pod ścianami foteliki, a na środku otoczony krzesłami duży stół z wiszącą nad nim ozdobną lampą naftową.
Tu
odbywały się pierwsze powitania i oficjalne rozmowy - zanim poproszono
do stołu.
W
sąsiedztwie salonu dalsze 2 pokoje, z których jeden to sypialnia dla domowników, a drugi sypialnia gościnna dla wyróżnionych gości.
Życie
towarzyskie na codzień toczyło się głównie w dużym pokoju jadalnym, do którego wchodziło się na wprost z
holu. Dominował tu szeroki i długi prawie od ściany do ściany masywny stół z dużą stojącą lampą naftową na środku.
Po
bokach wygodne krzesła, pod ścianą zasobny kredens z mnóstwem tajemnych drzwiczek i szufladek, specjalny stolik z samowarem z Tuły, w którym nie wygasały ciągle żarzące się węgle , a na podłodze skórzany rosyjski but oficerski z
tradycyjną cholewką w harmonijkę.
Zakładany przez
pokojówkę na kominek samowara służył za miech do silniejszego rozżarzania węgli. Obok długa sofa z
oparciem i poduszkami, a nad nią dwie 7-io strunowe rosyjskie gitary i
bałałajka. Piec kaflowy z ozdobnymi rycinami sąsiadował z przejściem do pomieszczeń kuchennych.
Dwa duże okna zdobiły doniczki kwiatów petunii i firanki. Kot
"Staruszka" rasy ryska wylęgający się na sofie,
oraz jamnik "Łobuz" dopełniały skład stałych pozycji przy Pańskim stole.
Przy
tym stole z rzadka tylko odpoczywającym od jadła i picia,
codziennie w okresie lata zasiadało kilkanaście osób, w tym poza najbliższymi, - dalsi krewni, krewnych znajomi, a niekiedy przypadkowa inteligencja, która z jakichś powodów znalazła się w okolicach krańca kresów Polski.
Dalsze
- pokój dla młodzieży, pracownia geodezyjna, pokój Babci i skrzydłu kuchenne
uzupełniały lewą część skrzydła domu. Zaplecze kuchenne, to olbrzymia
kuchnia z piecem chlebowym tak dużym, że w okresie zimy sypiały na nim
pokojowe, a pod ścianą długi stół przy którym jadała białoruska służba najemna czyli parobcy. Obok magazyn żywnościowy i pomieszczenie na produkcję serów holenderskich
z zejściem do piwnicy - leżakowni. Sery po okresie dojrzewania wysyłane były do Warszawy.
Sąsiadujący korytarz
prowadził do wyjścia na zabudowania gospodarcze i piętro zajmowane
przez dwa pokoje z przylegającym tarasem .
Jeden
z nich przeznaczony był do produkcji wina i ich magazynowania, a drugi "kawalerski"
zajmował najmłodszy z Pozarzyckich, studiujący; główny łowczy wśród myśliwych - Stanisław.
Otoczenie domu to ogrody kwiatów, dwa sady drzew owocowych , rzędy krzewów malin i
porzeczek, a wśród nich pasieka pszczół dająca w sezonie kilka beczek miodu. Zdarzyło się, że przez dwa
sezony po
tych klombach biegała oswojona
sarenka Basia.
Zanim
wyszła za mąż za podchodzącego z lasu koziołka, opuszczając gościnny dom i rozpieszczających domowników, - na noc i
w zimie
bawiła na pokojach.
Za
płotem oddzielającym część frontową od zabudowań gospodarczych -stajnia dla koni, obora dla 100 krów, świniarka,
stodoły na siano, magazyn na ziarna zbóż, stary dom przerobiony na zagrody dla
ptactwa domowego i hodowanego stada dzikich kaczek, którym by nie
uciekły podcinano lotki skrzydeł, dalej spiżarnia na
dziczyznę i mięsa wędzone, magazyn lodu, a w końcu buda dla psa Reksa.
Reks podobno mieszaniec z prawdziwym wilkiem był poważnym zagrożeniem dla
obcych. Uwiązany łańcuchem do kółka przesuwającego się
po długim drucie rozpiętym wzdłuż zabudowali gospodarczych, kontrolował cały teren. Z łańcucha
spuszczany był od święta. Wtedy znikał w lasach na kilka dni, po czym wracał z napchanym żołądkiem upolowanej
zwierzyny.
Mężczyźni po niekończących się polowaniach
uzupełniali zasoby spiżarni, dzięki czemu do stołu podawano głównie dziczyznę. Od święta jadało się także specjalne rarytasy jakimi były: kołduny litewskie z mięsa baraniego,
bliny rosyjskie z masłem, śmietaną lub gorącym tłuszczem i nierzadko raki. Alkohol,
miody i wina opuszczały stół tylko w takie smutne i na
szczęście rzadkie dni gdy nie było gości. Mnie jednak smakowała najbardziej
podawana dla parobków zupa pęczak z grochem. Podawano ją w olbrzymiej glinianej misie, a jedzono łyżkami
drewnianymi.
Sercem
i mózgiem dla służby była "Starsza Pani". Zarządzając, dogadzając i spełniając życzenia ciągnących się przyjęć do białego rana, nie miała prawa ani
spać ani chorować.
Ta
drobna, szczupła osóbka zarządzała jednocześnie służbą do prac polowych, do obsługi zwierząt,kuchennych i
pokojówką Józią,. Józia od niepamiętnych lat była podręczną do
wszystkiego. Pozostałą służbę
kontraktowano raz do roku.
Na
przyjęcie do pracy w określonym dniu zgłaszało się kilkudziesięciu okolicznych chłopów z których Babcia wybierała kilkunastu zapraszając na rozmowę i suty obiad.
Podobno
na ostateczne przyjęcie do pracy decydowało u Babci jak szybko i z jakim apetytem spożywali posiłek.
W
przeciętnym dniu śniadanie dla domowników i gości zaczynało się przed południem i ciągnęło się do obiadu. Wieczór - polowanie.
Noc
przy jadle i piciu do kolejnego białego rana. Tak pracowicie mijały dni lata.
Gdy
nie starczało łóżek do spania, - ochotnicy, a głównie młodzi szli spać do stodoły na siano.
Z majątkiem Jasiowo sąsiadował folwark Jasiowo II - własność pasierba Babci Franciszka Pozarzyckiego,
wytrawnego myśliwego i gospodarza na 100 ha ziemi, pól i lasów.
Po wcześnie zmarłej żonie wychowywał samotnie córkę Krystynę i syna
Henryka.
Raz
w sezonie organizowany był objazd po sąsiednich majątkach. Wyprawa kilkoma bryczkami trwała około tygodnia. Najokazalszym z nich był majątek spokrewnionej rodziny Ćwirko-Godyckich -
"Zalesie".
Majątek kilkuset
hektarowy zarządzany był przez małżeństwo Jana i Różę z synami
Walerianem i Augustynem u których zwyczaje oparte były o tę samą dewizę kresowej gościnności - " Gość w dom - Bóg w
dom".
W zawierusze II-ej
wojny światowej, część rodziny Pożarzyckich została zamordowana przez okupanta
sowieckiego, pozostali przeżyli osiedlając się w Centralnej Polsce, Niemczech Zachodnich i Anglii.
Janusz Sopoćko

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz