wtorek, 9 czerwca 2020

Jasiowo

(wspomnienia Janusza Sopoćko udostępnione przez  Macieja Podstolskiego)



WIG - Warszawa 1938. Igrek mapy

Między I-ą, a II-gą wojną światową, na rubieżach Polski nieo­podal granicy ze Związkiem Radzieckim - 40 km od miasta Stołpce, 6 km od miasteczka Derewno, 2 km od białoruskiej wsi Bielica, -leżał majątek Jasiowo. 

Jego obszar to ok. 200 ha ziemi ornej, łąk i zagajników z trzech stron otoczony wielowiekowymi lasami starodrzewia puszczy Nalibockiej, pełnych spróchniałych wykrotów, gęste­go poszycia i grubej zwierzyny.
Tu, spotkany człowiek mógł być tylko myśliwym od Jaśnie Państwa lub kłusownikiem z odległych wsi.

Skrajem lasu płynęła rzeczka Biełuszka z krystalicznie czystą wodą nawet w upalne lato tak zimną, że kąpiel w niej miała znamiona bo­haterstwa. W nadbrzeżnych konarach drzew - raki i miętusy. W la­sach sarny i jelenie. Na łąkach zające, cietrzewie, kuropatwy, głuszce, no i gdzieś tam wilki i lisy,
W zakątkach łąk na skraju lasu zasiany hektar owsa jako przynęta dla przeznaczonych do odstrzału dzików. Myśliwi zasadzali się tu na specjalnych balkonikach, budowanych w tym celu w konarach sąsiadują­cych drzew.

Dzikie kaczki na dwóch stawach hodowlanych, z których jeden z kar­piami i linami, a drugi z karasiami i szczupakami. Wszystko to odłowione i odstrzelone - podawane było na stół wg przepisów staropolskiej kuchni które zaczynały się od słynnych "weź kopę jaj...."

Dziedziczka "Starsza Pani" - Maria Pozarzycka, a dla nas Babcia, żona nie żyjącego już Jana, którego ten majątek był ponoć ostatnim z nieprzegranych w karty.

Najstarsza córka Wanda Burak z mężem Felicjanem zamieszkiwali tu na stałe. Dwaj synowie Włodzimierz i Leszek pobierali nauki w cen­tralnej Polsce. Felicjan, - patryjarcha rodziny, z zawodu inż. mier­niczy przysięgły, prowadził kancelarię geodezyjną. Kolejni członkowie rodziny  to: córka Janina Sopoćko z synem Januszem i mężem Stefanem oficerem W.P., syn Dydag - lekarz za­mieszkały na Wileńszczyźnie i syn Stanisław studiujący w Warszawie w ekskluzywnej szkole Politechnicznej im. H. Wawelberga. Ta część rodziny była mieszkańcami Jasiowa jedynie w okresie lata i wakacji. 

Centrum majątku to staropolski dworek z obszernym wielopokojowym masywnym drewnianym domem i tradycyjnym podjazdem dla powozów wo­kół klombu kwiatów. Fronton domu zdobił ganek wsparty na dwóch murowanych kolumnach, i balkon w formie tarasu dla 2 pokoi górnej kondygnacji.
Frontowe wejście prowadziło do okazałego holu ozdobionego rogami jeleni, koziołków, skór dzików i akcesorii myśliwskich. Na prawo, duży salon z ciężkimi meblami, pod oknami drewniane wa­zony, a w nich oleandry i fikusy sięgające pułapu sufitu z poprzecz­nymi prostokątnymi belkami wzmacniającymi konstrukcję stropu. Na ścianach i podłodze tak jak w holu, - rogi, skóry, szable dzi­ków i wypchane dzikie ptactwo. Pod ścianami foteliki, a na środku otoczony krzesłami duży stół z wiszącą nad nim ozdobną lampą naf­tową.

Tu odbywały się pierwsze powitania i oficjalne rozmowy - zanim poproszono do stołu.
W sąsiedztwie salonu dalsze 2 pokoje, z których jeden to sypial­nia dla domowników, a drugi sypialnia gościnna dla wyróżnionych gości.

Życie towarzyskie na codzień toczyło się głównie w dużym pokoju jadalnym, do którego wchodziło się na wprost z holu. Dominował tu szeroki i długi prawie od ściany do ściany masywny stół z dużą stojącą lampą naftową na środku.

Po bokach wygodne krzesła, pod ścianą zasobny kredens z mnóstwem tajemnych drzwiczek i szufladek, specjalny stolik z samowarem z Tuły, w którym nie wygasały ciągle żarzące się węgle , a na po­dłodze skórzany rosyjski but oficerski z tradycyjną cholewką w harmonijkę.

Zakładany przez pokojówkę na kominek samowara służył za miech do silniejszego rozżarzania węgli. Obok długa sofa z oparciem i poduszkami, a nad nią dwie 7-io strunowe rosyjskie gitary i ba­łałajka. Piec kaflowy z ozdobnymi rycinami sąsiadował z przejś­ciem do pomieszczeń kuchennych. Dwa duże okna zdobiły doniczki kwiatów petunii i firanki. Kot "Staruszka" rasy ryska wylęgający się na sofie, oraz jamnik "Łobuz" dopełniały skład stałych pozy­cji przy Pańskim stole.

Przy tym stole z rzadka tylko odpoczywającym od jadła i picia, codziennie w okresie lata zasiadało kilkanaście osób, w tym poza najbliższymi, - dalsi krewni, krewnych znajomi, a niekiedy przypadkowa inteligencja, która z jakichś powodów znalazła się w okolicach krańca kresów Polski.

Dalsze - pokój dla młodzieży, pracownia geodezyjna, pokój Babci i skrzydłu kuchenne uzupełniały lewą część skrzydła domu. Zaplecze kuchenne, to olbrzymia kuchnia z piecem chlebowym tak dużym, że w okresie zimy sypiały na nim pokojowe, a pod ścianą długi stół przy którym jadała białoruska służba najemna czyli parobcy. Obok magazyn żywnościowy i pomieszczenie na produkcję serów holenderskich z zejściem do piwnicy - leżakowni. Sery po okresie dojrzewania wysyłane były do Warszawy.
Sąsiadujący korytarz prowadził do wyjścia na zabudowania gospo­darcze i piętro zajmowane przez dwa pokoje z przylegającym ta­rasem .
Jeden z nich przeznaczony był do produkcji wina i ich magazyno­wania, a drugi "kawalerski" zajmował najmłodszy z Pozarzyckich, studiujący; główny łowczy wśród myśliwych - Stanisław. 

Otoczenie domu to ogrody kwiatów, dwa sady drzew owocowych , rzę­dy krzewów malin i porzeczek, a wśród nich pasieka pszczół dająca w sezonie kilka beczek miodu. Zdarzyło się, że przez dwa sezony po tych klombach biegała oswojona sarenka Basia.
Zanim wyszła za mąż za podchodzącego z lasu koziołka, opuszcza­jąc gościnny dom i rozpieszczających domowników, - na noc i w zimie bawiła na pokojach.

Za płotem oddzielającym część frontową od zabudowań gospodarczych -stajnia dla koni, obora dla 100 krów, świniarka, stodoły na siano, magazyn na ziarna zbóż, stary dom przerobiony na zagrody dla ptact­wa domowego i hodowanego stada dzikich kaczek, którym by nie uciekły podcinano lotki skrzydeł, dalej spiżarnia na dziczyznę i mięsa wędzone, magazyn lodu, a w końcu buda dla psa Reksa. 

Reks podobno mieszaniec z prawdziwym wilkiem był poważnym zagro­żeniem dla obcych. Uwiązany łańcuchem do kółka przesuwającego się po długim drucie rozpiętym wzdłuż zabudowali gospodarczych, kontro­lował cały teren. Z łańcucha spuszczany był od święta. Wtedy zni­kał w lasach na kilka dni, po czym wracał z napchanym żołądkiem upolowanej zwierzyny.

Mężczyźni po niekończących się polowaniach uzupełniali zasoby spi­żarni, dzięki czemu do stołu podawano głównie dziczyznę. Od święta jadało się także specjalne rarytasy jakimi były:  koł­duny litewskie z mięsa baraniego, bliny rosyjskie z masłem, śmie­taną lub gorącym tłuszczem i nierzadko raki. Alkohol, miody i wina opuszczały stół tylko w takie smutne i na
szczęście rzadkie dni gdy nie było gości. Mnie jednak smakowała najbardziej podawana dla parobków zupa pę­czak z grochem. Podawano ją w olbrzymiej glinianej misie, a jedzo­no łyżkami drewnianymi.

Sercem i mózgiem dla służby była "Starsza Pani". Zarządzając, do­gadzając i spełniając życzenia ciągnących się przyjęć do białego rana,     nie miała prawa ani spać ani chorować.
Ta drobna, szczupła osóbka zarządzała jednocześnie służbą do prac polowych, do obsługi zwierząt,kuchennych i pokojówką     Józią,. Józia od niepamiętnych lat była podręczną do wszystkiego. Pozostałą służbę kontraktowano raz do roku.

Na przyjęcie do pracy w określonym dniu zgłaszało się kilkudziesię­ciu okolicznych chłopów z których Babcia wybierała kilkunastu zapraszając na rozmowę i suty obiad.
Podobno na ostateczne przyjęcie do pracy decydowało u Babci jak szybko i z jakim apetytem spożywali posiłek.

W przeciętnym dniu śniadanie dla domowników i gości zaczynało się przed południem i ciągnęło się do obiadu. Wieczór - polowanie.

Noc przy jadle i piciu do kolejnego białego rana. Tak pracowicie mijały dni lata.
Gdy nie starczało łóżek do spania, - ochotnicy, a głównie młodzi szli spać do stodoły na siano.
Z majątkiem Jasiowo sąsiadował folwark Jasiowo II - własność pa­sierba Babci  Franciszka Pozarzyckiego, wytrawnego myśliwego i gospodarza na 100 ha ziemi, pól i lasów.
Po wcześnie zmarłej żonie wychowywał samotnie córkę Krystynę i syna Henryka.

Raz w sezonie organizowany był objazd po sąsiednich majątkach. Wyprawa kilkoma bryczkami trwała około tygodnia. Najokazalszym z nich był majątek spokrewnionej rodziny Ćwirko-Godyckich - "Zalesie".

Majątek kilkuset hektarowy zarządzany był przez małżeństwo Jana Różę  z synami Walerianem i Augustynem u których zwyczaje oparte były o tę samą dewizę kresowej gościnności - " Gość w dom - Bóg w dom".

W zawierusze II-ej wojny światowej, część rodziny Pożarzyckich została zamordowana przez okupanta sowieckiego, pozostali przeżyli osiedlając się w Centralnej Polsce, Niemczech Zachodnich i Anglii.

Janusz Sopoćko

Brak komentarzy: